Forum     Forum - powrót na pocztek forum Portal - powrót na ADHD.org.pl Office Bogdan Mizerski

Niecne przygody Jasia i Stasia

Moderator: Moderatorzy

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 22-04-2012 20:08

E, nie ma powodu do obaw, ta eskalacja prezentowych pomysłów wraz ze stosownymi pogróżkami jest od dawna uprawiana w gronie rodziców, kiedy dzieci się delektują zdobyczami. Ale na pewno nie kupię nikomu zwierzęcia i teraz akurat nie żartuję. Większość naszych zwierząt przygarnialiśmy, na przykład perskiego kota z rodowodem dłuższym niż profesorska lista publikacji, który zaczął u nas karierę od golenia przez weta pod narkozą, taką miał na sobie warstwę kołtunów przemieszanych ze skamieniałymi odchodami. I tu akurat nie trzeba nawet złej woli, wystarczy brak doświadczenia.

anka-niko

Awatar użytkownika

Wsparcie i Łowca Talentów

Posty: 8543


Rejestracja:
27-04-2008 16:50

Lokalizacja: warszawa, Żoliborz

Dzieci: młody dorosły z ADHD (wbrew pozorom)

Ja: takie sobie coś ;)

Post 22-04-2012 20:13

uff :jestes_wielki:
Obrazek
mama super syna - KĄT-owicza z ADHD, dysgrafią... i pasją

Jerzy Liebiert
Uczyniwszy na wieki wybór// w każdej chwili wybierać muszę... Jeździec

Uczę się ciebie człowieku.//Powoli się uczę, powoli.//Od tego uczenia trudnego//Raduje się serce i boli. *** (Uczę się ciebie, człowieku...)

Żona Dreptaka

Wsparcie

Posty: 6424


Rejestracja:
14-03-2005 21:39

Post 22-04-2012 21:44

Anchen pisze:jeden omsknął się z półki i rypsnął w dół na drukarkę, ale nie zatrzymał się tam, o nie, tylko poleciał dalej, złamawszy po drodze podajnik do papieru.
Wyrazy współczucia dla podajnika.

Anchen pisze:ha! ale doigra się, ... zasłużyło co najmniej na pianino.
:hmmm: Może wystarczy np. werbelek?

Anchen pisze:Czcigodny solenizant wraz ze swoim kuzynem przeprowadzili liczne operacje i muszę przyznać, że skubańce mają całkiem rozległą wiedzę anatomiczną,
Teraz całkiem na poważnie: wyobraź sobie, że za lat kilka, w szkole na lekcjach będą mieli jakieś elementy tejże anatomii.
Ktoś będzie tego formalnie nauczał, będą musieli opanować określony zakres materiału, i będzie z tego sprawdzian :?

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 23-04-2012 07:56

Żona Dreptaka pisze:Teraz całkiem na poważnie: wyobraź sobie, że za lat kilka, w szkole na lekcjach będą mieli jakieś elementy tejże anatomii.
Ktoś będzie tego formalnie nauczał, będą musieli opanować określony zakres materiału, i będzie z tego sprawdzian :?


Idea sprawdzianów nie jest im obca, w każdym razie nasze dziecię ma non stop sprawdziany z angielskiego, co tydzień kartkówka z pisania, mniej więcej co dwa tygodnie większy sprawdzian (II klasa). Nie poświęcamy temu zbyt wiele uwagi, bo mam taką teorię, że kiedy tylko dzieci wejdą mocniej w popkulturę i załapią, jak angielski poprawia jakość zabawy, same zaczną się douczać.

Natomiast do podręczników z przyrody dla starszych młody się rwie i jedyne, czego się obawiam w tej formalnej nauce, to żeby nie zabito w nim ciekawości i radości uczenia się. Teraz są niezwykłe popularnonaukowe książki dla dzieci, na przykład ta, z której pochodzi wiele jego wiedzy anatomicznej:
http://merlin.pl/Jak-dziala-niesamowite-cialo-czlowieka-wedlug-mozgofalek_Richard-Walker/browse/product/1,677212.html
są dobre filmy ("Było sobie życie", które wchodzi już trzylatkom), są portale wiedzy, są strony homeschoolingowe ze świetnymi kartami do pracy w domu.
Wiedzę da się teraz dzieciom przekazywać w ogromnie atrakcyjnej formie. Wychowawczyni młodego akurat się chce, teraz robią na przykład projekt o prahistorii - każde dziecko rysowało jakiś okres, Jasiowi przypadł kambr, potem układali wspólnie chronologię na ścianie, każdy opowiadał o swoim rysunku, co się na nim dzieje i dlaczego. Robią to siedmiolatki i robią dobrze, bo tu nie chodzi o mechaniczne wykucie chronologii geologicznej, tylko ogólne wrażenie, że coś się w przeszłości działo i było to ciekawe. Angielski jest zintegrowany z projektami z nauczania początkowego, więc każde dziecko wybierało sobie zwierzątko, które rysowało, i miało się w domu zastanowić, co jest jego przodkiem (Jaś wybrał skorpiona, za którego przodka uznał trylobita, bo przecież trylobity są przodkami wszystkiego, mamo). I to jest świetna zabawa, ale jednocześnie te maluchy zaczynają się przygotowywać do zrozumienia koncepcji ewolucji.

Ale można oczywiście inaczej. Kumpel Jasia ma prace domowe w typie "Wypisz cechy idealnego dyżurnego".

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 30-04-2012 20:42

Po tym upiornie długim przedwiośniu postanowiliśmy zabrać potworki na majówkę. I otóż kiedy w sobotę o poranku (bardzo względnym poranku) kończyliśmy pakować nad wyraz przeciążony samochodzik, słyszę Ci ja, nieboga, jak spod klapy bagażnika dobywa się słodki głos mojego ślubnego małżonka, który zapewnia swoją mamę solennie, że wszyscy jesteśmy zdrowi i mamy się świetnie. Zdążyłam przezornie krzyknąć, że ja nie, co akurat jest prawdą, ale już wiedziałam, że to zły omen. I tak się też stało, albowiem do wieczora Jaś zdążył się koszmarnie przygorączkować, mąż skręcił kostkę, a Staś zaledwie obdarł sobie na hulajnodze łokieć oraz biodro.

Cała masa planów wzięła w łeb, bo Jaś leży jak wyżęta szmata. I rozpacza, bo miał wielorakie plany, narychtował wędki, przytaszczył jakieś tomiszcza o życiu traszek i inszych stworów, chciał na pokazy lotów balonowych, do ulubionego muzeum nafciarstwa i na Przełęcz Dukielską, gdzie zwykle obtańcowują czołgi. Ale przynajmniej jesteśmy w swoich ulubionych górach i znowu z gromadą dzieci. Dzisiaj rytualny Latarkowy Potwór - i ja też nim byłam - ganiał wokół domku dziesięcioro i nawet Jaś się na chwilę zwlókł z łoża boleści, kiedy przeciwgorączkowe trochę postawiły go na nogi.

Ale ogólnie chciałam się poskarżyć na ten paskudny niefart. Ogromnie mi młodego szkoda, bo głównie siedzę z nim w domku i na osłodę czytam o kolejnych morskich katastrofach, co jest jego ostatnią fascynacją (w tekście śródrocznym z polskiego ułożył zdanie ze słowem "sztormować", którego, przyznam się z zawstydzeniem, nie znałam; i jego pani też nie).

irena

Awatar użytkownika

Żelazna baba/super rodzic

Posty: 3423


Rejestracja:
07-10-2005 21:20

Lokalizacja: Szczecin

Dzieci: syn 27 lata, syn 26 lat-ADHD, córka 23 lata- ZA, córka 22lata

Ja: Tylko zakręcona, mąż ZA

Post 30-04-2012 23:21

Anchen kocham twoje opowieści. :D
Zwłaszcza w szewski poniedziałek, dzisiaj dokładnie wszystko szło na opak.

Dosia

Awatar użytkownika

Rodzic i nauczyciel

Posty: 11855


Rejestracja:
11-05-2006 02:24

Dzieci: Marcin 23 lata, Piotr 31 lat

Post 02-05-2012 21:32

Ja też uwielbiam :)
Zdrowia dla Jasia i reszty poszkodowanych też :OK:
Moi synowie są już dorośli, obaj po maturze i obaj usamodzielnieni. :OK:

Przekonałam się, że ani ADHD ani ZA nie jest wyrokiem i staram się szerzyć wiedzę o tym, jak pomóc dzieciom, chociaż uważam, że największe, najpełniejsze i najbardziej wartościowe źródło tej wiedzy znajduje się właśnie tutaj, na tym forum.

dosia.eu - mój blog o wychowaniu

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 03-06-2012 12:37

Jutro Jaś jedzie na Zieloną Szkołę, ale właściwie dopiero dzisiaj mogę zacząć popadać w przerażenie - ci, którzy pamiętają, jakie cyrki młody wyczyniał na Zielonej Szkole rok temu, wiedzą, dlaczego - bo maj przetrwaliśmy w jakimś przerażającym kołowrocie.

Jaś miał Pierwszą Komunię. Zniósł ją z godnością, przejęciem i spokojem. Ja z godnością umyłam okna, a następnie przez dwa dni piekłam i gotowałam, ale było warto, ponieważ wszystko udało się fantastycznie. W nastroju byłam dosyć podejrzliwym, ponieważ wcześniej pochodziłam sobie na próby tejże ceremonii, podczas których dzieci mozolnie ćwiczyły ruch sceniczny, serio, serio, ustawiane i przestawiane przez kilka pań, mam, jak podejrzewam, które w mailach do nas podpisywały się jako "Komitet Organizacyjny Komunii". Z tym cudzysłowem. Pewnie wyczuwały, że cudzysłów im się należy jak psu miska. I te właśnie damy po półtorej godziny ćwiczenia pieśni (których dzieci za bardzo nie kumały, zwłaszcza tych co starszych) oznajmiały dziarsko, że jeszcze raz musimy przećwiczyć wejście oraz wyjście z kościoła, jako że dzieci kroczą "nie dość majestatycznie". Tak, tak, to cytat. Dzieci ćwiczyły również otwieranie paszczy, podczas którego ćwiczenia padały hasła:
- Uśmiechnij się, chyba nie chcesz mieć takiej miny na zdjęciu!
Słowem, w kościele unosiła się woń kadzidła oraz duch Mrożka, ale daliśmy radę i tego najważniejszego dnia wymęczone licznymi próbami dzieci zachowywały się idealnie. Chociaż przeżyłam moment paniki, kiedy podczas kazania ksiądz podkręcił kureczek z realizmem i zaczął barwnie opisywać przemianę opłatka w ciało i krew - słuchajcie, serce mi stanęło, że młody się wydrze o kanibalizmie, zwymiotuje albo dostanie innej histerii, ale nie, zniósł mężnie. Może nie usłyszał.

Na imprezie potworki zachowywały się jak nie moje. Nie wzięły się nawet za łby. Owszem, sponiewierały białe ubranka w piaskownicy do koloru izabelowego (kolor izabelowy został nazwany na cześć pewnej świątobliwej królowej, która ślubowała, że nie zmieni koszuli, póki jej małżonek nie wróci z wyprawy krzyżowej, a to, jak wiadomo, zajmowało chwilę) i zrobiły masę błota w wiaderkach, ale nie miałam złudzeń, że tego sobie poskąpią. Jaś ze swoim wujkiem przez kilka godzin składał i programował robota mindstorm, o którym marzył chyba od trzech lat. Bawił się świetnie z kuzynostwem, które przyjechało dzień wcześniej, więc wcześniejszą noc spędzili śpiąc pokotem na materacach, słuchając bajek i gadając do północy. Aż żal, że się tak rzadko spotykamy w większym rodzinnym gronie, bo rozsiało nas po całej Polsce. I cieszę się, bo Jaś miał taki idealny komunijny dzień, który będę sobie przypominała, kiedy mnie dopadną wątpliwości, czy my sobie w ogóle dajemy z tym wszystkim radę. Bo znowu wysłuchałam, że ta jego diagnoza to może jednak za wyrost, he, he.

A teraz mamy właściwie pierwszy chyba od miesiąca spokojny weekend, kiedy nie trzeba nigdzie biec ani jechać, ani nic szykować i tylko ta Zielona Szkoła wisi nad nami. Przeprowadziłam z młodym rozmowę zasadniczą, wyartykułowałam parę gróźb karalnych z urzędu, jeśli znów będzie szantażował panie samobójstwem oraz bojkotował zajęcia i uzyskałam znudzone:
- No dobra, to tylko trzy dni, jakoś się przemęczę...
Oby się zatem udało :)

shantaram

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 950


Rejestracja:
16-11-2008 19:40

Post 03-06-2012 15:25

Za to trzymam kciuki :OK:!

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 06-06-2012 20:52

Przeżył!

Oznajmił, że było bardzo fajnie i tylko dwa razy się obraził - kiedy go na samym początku zbili w zbijaka, ale wtedy pan poszedł z nim nad jezioro oglądać stare łodzie, i chyba podczas podchodów. Oraz ktoś mądry puścił im jakże edukacyjny film "Goło i wesoło" (ten o bezrobotnych brytyjskich stalowcach, którzy próbują swych sił w show-biznesie), co zaowocowało wzrostem zainteresowania erotyką i ponoć jedna z koleżanek pozwoliła bardzo detalicznie sprawdzić, czy jej się we wdzięki kleszcz nie wczepił. Na razie nie zdecydowałam, co mam o tym myśleć, bo o brzasku uciekamy przed Euro w góry i pakuję się z obłędem w oczach.

Żona Dreptaka

Wsparcie

Posty: 6424


Rejestracja:
14-03-2005 21:39

Post 06-06-2012 22:00

Anchen pisze:Przeżył!
I bardzo dobrze. Tak trzymać!

Lelum Polelum

Wsparcie

Posty: 105


Rejestracja:
06-10-2011 10:33

Lokalizacja: Landsberg

Dzieci: Tymek lat 9 ZA+ADHD i Francik naśladowca

Ja: zwyczajnie niezwyczajna

Post 25-06-2012 19:59

Co słychać u Jasia i Stasia?

Stęskniliśmy się za nimi ociupinkę... ;)

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 26-06-2012 10:20

Lelum Polelum pisze:Co słychać u Jasia i Stasia?
Stęskniliśmy się za nimi ociupinkę... ;)


Jakoś ostatnio dramatycznie brakowało mi czasu, żeby usiąść i coś napisać. Jest jak zwykle, i śmiesznie, i strasznie, i cudownie. Straszność zaczęła się w zeszłym tygodniu, konkretnie w środę, kiedy Jaś w drodze do szkoły postanowił sobie zeskoczyć ze schodków pod domem. Z paru schodków. Wylądował całkiem zgrabnie, sęk w tym, że w locie naszła go ułańska fantazja, żeby podrzucić głową. Skracając całą historię - po wizycie u ortopedy oraz stosownych prześwietleniach okazało się, że leszcz obluzował sobie dwa kręgi i obecnie siedzi w domu w kołnierzu ortopedycznym. I jeszcze dwa tygodnie posiedzi, więc humor mam trochę zwarzony, ale na szczęście kolonie zaczyna dopiero 14 lipca.

Ale chciałam Wam napisać o czymś zupełnie innym. Mianowicie jakie mamy niewiarygodnie cudowne dzieci. Bo akurat tego dnia, kiedy Jaś sobie skręcił kark, był w szkole egzamin z angielskiego, do którego oni się mozolnie przygotowywali przez rok, to zewnętrzny egzamin, pierwszy stopień (raczej zabawny) do matury międzynarodowej i jak dla takiego malucha dosyć duży wysiłek. I jestem z niego niewiarygodnie dumna, że mimo bolącego karku to maleństwo pomaszerowało na egzamin, który trwał parę godzin. Bolało go, poprosił swoją wychowawczynię o środek przyciwbólowy, ale dotrwał do końca i wyszedł zadowolony z siebie. Nam od początku było dosyć obojętne, jak mu ten egzamin pójdzie, chodzi raczej o oswojenie się z tego typu imprezami, ale po prostu jestem strasznie dumna, że poszedł, że już rozumie, że czasami trzeba zacisnąć zęby i zrobić coś w bardzo niesprzyjających okolicznościach. Po wszystkim wygłosiłam długą laudację na temat cnoty męstwa.

I tak od paru dni powraca do mnie myśl, że w tych naprawdę istotnych rzeczach nasze dzieci nas nie zawodzą, przy czym nie chodzi mi nawet o ten egzamin, bo to też duperel, ale o sprawy głębsze. W zeszłym tygodniu Staś nasz ukochany realizował swoje mroczne marzenie, mianowicie piknik wojenny dla kumpli z przedszkola. Drogą morderczej selekcji udało się nam ograniczyć liczbę gości do kilkunastu, ale akurat wypadł ten piknik - pogoda ostatnio była dosyć kapryśna - w dniu, kiedy nie czułam się najlepiej. I kiedy Staś wrócił wcześniej z przedszkola, powiedziałam mu, że musi mi pomóc przygotować imprezę, bo sama nie dam sobie rady. I mój dzielny sześciolatek ścierał kurze z mebli, mył podłogi, przecierał szafy lustrzane, mył łazienkę. Jaś, już w kołnierzu ortopedycznym, pomagał odkurzać (raczej symbolicznie, bo się o niego bałam - ale ten symbol też jest istotny). I dla mnie to była jakaś pomoc oczywiście, ale przede wszystkim manifestacja takiej niezwykle istotnej solidarności rodzinnej. Właściwie nasze dzieci nie odmawiają, jeśli poprosimy je o pomoc, powiemy, że jesteśmy zmęczeni, chorzy albo po prostu nie chce się nam odwalać samodzielnie całej roboty. A jednocześnie myślę, że to również im bardzo dużo daje - i takiego poczucia mocy, i wspólnoty, i wreszcie tego, że wszystko, co choćby w części przygotujemy własnymi rękami, smakuje inaczej.

A wczoraj wieczorem wpakowałam całe towarzystwo do łóżka w naszej sypialni i oglądaliśmy wspólnie jakiś zupełnie idiotyczny film o superbohaterach (złośliwie powiedziałabym, że dopasowany intelektualnie do wieku mojej progenitury). Jedliśmy w pościeli bób, czereśnie, pomidory i maliny, bo każdy ma inne wiosenne owocowo-warzywne fiksacje. Zapowiedziałam, że jeśli ktoś rozgniecie mi malinę na prześcieradle, jest martwy, i jakoś się udało uniknąć katastrofy. Czytaliśmy na zmianę Stasiowi napisy, bo on jeszcze nie nadąża (notabene, odkryłam bicz Boży do nauki czytania: filmy z podpisami, takiej motywacji nie daje niestety żadna książka) i śmialiśmy się wspólnie z onelinerów, chociaż po prawdzie potomstwo jeszcze nie wszystkie rozumie. Łóżko trzeszczało z rozpaczą, jak waga w stripach z Garfieldem. I tak sobie myślałam, jak lubię z nimi spędzać czas. I jak bezcenne są takie zupełnie zwyczajne chwile, bo przecież pozornie nie dzieje się nic niezwykłego, ale to my, nasze emocje i intencje, zmieniają tę zwykłość w coś zupełnie niezwykłego.

À propos onelinerów: Jaś staje się morderczo wygadany i zaczyna mieć naprawdę niezłe riposty. W niedzielę się strasznie zirytował i gnał wściekły przez mieszkanie, póki się nie natknął na próg od balkonu, o który rozkwasił sobie palec u stopy. Po pocieszeniu i wycałowaniu delikwenta przeszłam do fazy umoralniającej (zwanej przez Wańkowicza "smrodkiem dydaktycznym" i niestety zawsze mi to określenie przychodzi do głowy, kiedy jestem w trakcie smrodzenia) i pytam:
- I kto tak lata na oślep?
A Jaś z szerokim uśmiechem:
- Nietoperz!
A wczoraj w ramach rozkoszowania się chorobą układał jakiś ogromny zestaw Lego Technics i cały czas mnie wołał, żebym mu aportowała zaginione klocki, więc wreszcie powiadam:
- Dziecię moje, mówiłam, żebyś te klocki posegregował według kolorów i kształtów, ale Ci się nie chciało, więc teraz księciunio sam szuka.
A na to bestia, bardzo z siebie zadowolona:
- Ale księżniczka mu pomaga!

Po prostu cudowne mamy dzieci. Zostały o tym szczegółowo poinformowane :)

MamaExpresika

Wsparcie

Posty: 1050


Rejestracja:
16-02-2012 19:29

Dzieci: Expresik 7 lat i 3 mc - prawdopodobnie ADHD (zdania uczonych są podzielone)

Ja: PPP sądzi, że mam ADHD ;)

Post 26-06-2012 10:40

Masz rację :) Masz cudowne dzieci :) Ja też bywam księżniczką. Zatem księżniczka :wink: pozdrawia Księżniczkę :)
W każdym z nas tkwi talent ważne by go dostrzec i w niego uwierzyć...

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 26-06-2012 12:52

MamaExpresika pisze:Masz rację :) Masz cudowne dzieci :) Ja też bywam księżniczką. Zatem księżniczka :wink: pozdrawia Księżniczkę :)


Dzięki! Księżniczką czuję się jeszcze, kiedy jestem chora: dzieci ostatnio uczyły się robić herbatę i dostarczać ją mamie do łóżka. Miłe :)

danuta2002

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 897


Rejestracja:
12-09-2011 19:34

Dzieci: Asia ADHD,ZA a może całkiem coś innego ?

Post 26-06-2012 21:06

Bardzo miłe, Anchen. Zgadzam się z innymi, bo też bardzo lubię czytać o przygodach Jasia i Stasia. Twoje opowieści są takie "ciepłe" i optymistyczne.:)

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 03-07-2012 07:29

Wakacje

No to mamy wakacje.

Zagapiłam się w tym roku - a może odezwała się podświadomość po zeszłorocznych doświadczeniach z akcją Lato w Mieście i zawołała z rozpaczą "Nie idźcie tą drogą!" - i nie zapisałam Jasia na żadne półkolonie, więc zaraz po zakończeniu roku szkolnego zaczęłam w panice szukać jakichś opcji. Z zakończenia byłam całkiem zadowolona, bo już ogromnie byliśmy szkołą zmęczeni, ale kiedy się wylewnie żegnaliśmy z koleżeństwem oraz ich rodzicami, jedna z mam powiedziała, że Jaś się dogadał z jej córką oraz jej najlepszą przyjaciółką i chcą robić razem urodziny. Córka to już nawet jej zrobiła awanturę, że dotąd do mnie nie zadzwoniła w tej sprawie. I powiem Wam, że się bardzo ucieszyłam, zwłaszcza że dziewczynki są wyjątkowo sensowne i raczej nie wymyślą imprezy w klimatach baletowych. Ale potem wróciliśmy do domu i zaczęło się paniczne szukanie opcji rozrywkowych dla potomstwa. Staś jest zapisany na dyżur przedszkolny, a ja potrzebuję paru godzin, żeby spokojnie popracować też w dzień, nie mogę wszystkiego przerzucić na nocki. No i okazało się, że w domu kultury po drugiej stronie ulicy są jakieś zajęcia teatralne, czyli prawie cztery godziny świętego spokoju dla mnie.

Ponura prawda jest taka, że nie cierpię nowych sytuacji, więc wczoraj z dygotem wewnętrznym zaprowadziłam pierworodnego na te zajęcia. Też był przerażony. Ale weszliśmy dziarsko, a przed salką kłębił się tłumek panienek oraz ich rodziców - z samotnym rodzynkiem w postaci pewnego chłopca, którego mama wylewnie się na nasz widok ucieszyła, bo chyba już młodzian protestował, że to impreza dla bab wyłącznie. Jaś też zaczął protestować, kiedy się okazało, że będą przygotowywać spektakl "Kot w butach", bo oni w szkole też mają zajęcia teatralne, ale pani podrzuca tylko temat, a sami wymyślają scenariusz, dzięki czemu mógł ostatnio wystąpić w życiowej roli pękniętego mikroskopu. Umoralniłam go, że tu jest inaczej, ma dać pani szansę i wykonywać polecenia, a potem w poczuciu beznadziei podreptałam do domu, gdzie spędziłam dosyć długie trzy godziny w oczekiwaniu telefonu "Proszę natychmiast zabrać tę bestię!". Kiedy tuż przed końcem zajęć zameldowałam się w domu kultury, z sali prób dobiegała mętnawa muzyka hinduska. Zajrzałam przez uchylone drzwi, a tam na scenie dziecię moje wiło się - całkiem zadowolone, chociaż na mój widok zrobiło minę Sinobrodego - w tańcu brzuchu: nawet rękami takie cosie kręcił. Wprawdzie tańczył w rytmie nieco odbiegającym od muzyki, ale tańczył. I nie darł się, hm...

Kiedy muzyka wybrzmiała, potomek przydreptał do mnie cały szczęśliwy. Co się okazało: potomek nie miał ochoty brać udziału w zajęciach plastycznych, ale zamiast tego pani pozwoliła mu - oraz koledze - robić obsługę techniczną. Więc on w ogóle nie będzie grał, bo zamierza operować światłem. I kręcił takim wielkich reflektorem (a kumpel jakąś lampą) oraz zakładał przesłony. Super mu się podoba, a pani świetna. No to jeszcze z kronikarskiego obowiązku poinformowałam panią, że dziecko ma ZA, kiedy wreszcie dziatwa się rozbiegła i zostałyśmy same. Pani powiedziała, że nie ma sprawy, bo młody radzi sobie wyśmienicie, robi wszystko, co trzeba, kontakty z innymi dziećmi też w porządku. W ogóle ma też ponoć jakieś dziecko z ADHD w grupie, ale też świetne to dziecko, więc ona się nie boi, super się z tymi dziećmi pracuje. A to taka młodziutka, chuda dzieweczka, która sama ogarniała trzydziestkę potworów - przyznam, że to budzi mój szacunek.

Kiedy w masakrycznym, wilgotnym skwarze wlekliśmy się z Jasiem po Stasia, powiedziałam mu, że w ramach bonusu spełnię jego marzenie, mianowicie zapisałam go na próbną lekcję gry na flecie poprzecznym. Jaś na temat fletu poprzecznego gęga od bodajże dwóch lat, ale liczba jego zajęć dodatkowych jest długa jak papier toaletowy i szczerze powiedziawszy, czekałam aż mu przejdzie. Nie przechodziło, więc spróbowaliśmy rozpoznania bojem i wieczorem zabraliśmy z mężem oba potworki na lekcję. Najpierw wysłuchaliśmy egzaminu pewnego malucha. no i zobaczyliśmy, jak pan pracuje z dziećmi. Patrzyliśmy z głębokiej piaskownicy, bo jak się okazało, nasze dzieci przyniosły w skarpetkach pół Pustyni Błędowskiej - wcześniej pozwoliliśmy im poszaleć na placu zabaw. Pan zniósł to mężnie, pogadał chwilę z naszymi maluchami, a potem pracował ze swoim uczniem i jego tatą. I to fantastycznie! Miałam mnóstwo wątpliwości związanych z tą grą, bo przecież Jaś ma wadę logopedyczną, pionizowanie języka sprawiało mu ogromne problemy, wiązadełko rozmasowywaliśmy parę miesięcy, do tego słabe napięcie mięśniowe, a gra przecież obciąża ramę barkową. A jednak wyszłam oczarowana.

Dzieci chcą grać. Namiętnie. Będą codziennie ćwiczyć, nie ma sprawy. Będą słuchać melodii i uczyć się nut, jasne. A flet muszą dostać do rąk już teraz, od ręki. I najlepiej, żeby natychmiast zaczął wydawać dźwięki. Zresztą furda dźwięki, najlepiej melodię od razu. Postawiliśmy twarde warunki: przez wakacje mają uprawiać ćwiczenia oddechowe i zapanować nad strumieniem powietrza oraz osłuchać się z nagraniami, a jeśli jesienią entuzjazm nie osłabnie, pozwolimy im na tę grę. He, he, zamierzam pozwalać się prosić i przekupywać, żeby czuli, że to ich decyzja i im zależy bardziej niż nam.

Aha, było też śmiesznie, bo zostałam chwilę dłużej po wypchnięciu maluchów, żeby poinformować pana nauczyciela o rozlicznych Jasia obciążeniach. O ZA nie słyszał, ale się douczy, problemu w tym żadnego nie widzi. Zapytał tylko, czy determinacja i ambicja jest częścią zespołu, bo rzadko zdarza się, żeby dziecko tak strasznie chciało.

A potem miód się skończył, bo dzieci były na hulajnogach. I czmychnęły nam przez park w kierunku samochodu zaparkowanego nieopodal domu ich babci. Nic, po kilku próbach zawrócenia ich wrzaskami powędrowaliśmy brzegiem parku ku temuż samochodowi. Niby odległość jakieś 300 metrów maksymalnie - a jednak dziecko, zwłaszcza cwane, potrafi się zgubić. Kiedy dotarliśmy pod samochód, dzieci nie było. Może poszły do babci? Może zawróciły? No tośmy się rozdzielili - mąż pobiegł z powrotem do parku, ja do mamy. Nie ma. Babcia - stan przedzawałowy. Przeszukałyśmy jej patio, potem klatkę, bo może się szczyle w ramach dowcipu na nas zaczaiły w ukryciu. Nie ma. Zostawiłam babcię na patio, mówię, żeby dzwoniła, jak ich zobaczy - co wszelako nie byłoby potrzebne, bo gdyby ich w tamtej chwili babcia dopadła, tak by skroiła tyłki, że wycie posłyszelibyście nawet w Kołobrzegu - a sama ruszyłam w drogę powrotną do męża. Przechodzę ci ja koło samochodu, a tu za karoserią dwa schowane łebki. Co się okazało. Dzieci dotarły do samochodu, ale nas przy nim nie znalazły, więc zamiast poczekać, zawróciły, żeby nas znaleźć (i to musiał być ten moment, kiedy my przechodziliśmy koło samochodu). Nie spotkały nas na drodze, więc wróciły do samochodu (tyle że ja wówczas już przeszukiwałam blok, a mąż park), ale Jaś doszedł do wniosku, że muszą się schować, żeby nikt ich nie wziął za sieroty i nie zabrał do przytułku (Ha! wiedziałam, że ten Dickens, czytany za młodu, nie minie bez śladu). Kiedy ich nakryłam, właśnie zamierzali się rozdzielić - Staś miał na nas czekać, nadal zaczajony za maską, a Jaś miał zamiar iść do babci, żeby do nas zadzwonić. Wszystko na przestrzeni 300 metrów.

Powydzieraliśmy się na nich, jak należy, a potem wróciliśmy na kolację do domu, gdzie czekała najnowsza książka Majaluomy "Tato, W studni nie ma wody!" - prześmieszna i urocza, więc przeczytaliśmy sobie do kanapek, bo ostatecznie potworki całkiem nieźle główkowały, kiedy się znienacka zgubiły. A następnie wykończone potworki padły, nawet nie upierając się, że w wakacje można szaleć do północy.

Na koniec uwaga administracyjna. W tym wątku opisywałam moje dzieci, bo uważam, że są fantastyczne i dobrze się razem bawimy. Kiedy raz trafiłam na forum, najpierw przez pół roku czytałam, zanim się odważyłam odezwać - i powoli krystalizowało się we mnie przekonanie, że większość z nas spotyka się tutaj w sytuacji głębokiego kryzysu, więc obraz wyłaniający się z forum jest cokolwiek jednostronny i brakuje w nim takiej zwyczajnej, radosnej codzienności, choć ona przecież oczywiście też jest, tylko ukryta pod kłopotami. Dlatego zaczęłam pisać o chłopakach: bardzo chciałam pokazać rodzicom, którzy trafiają tutaj z kłopotami albo są przerażeni diagnozą, że to nie koniec świata, tylko początek fascynującej przygody, bo dzieci ze spektrum autyzmu wprawdzie bywają kłopotliwe i wymagają dużo pracy, ale dają też ogromnie dużo. Jednak ostatnio coraz więcej z Was wie, kim jestem, a to znaczy, że moje dzieci też stają się coraz bardziej rozpoznawalne. a jest ogromna różnica pomiędzy "jakimś chłopcem, który popłakał się, bo go dzieci nie lubią" a "tym konkretnym chłopcem, który popłakał się, bo go dzieci nie lubią". Nie martwi mnie, że ich znajomi czy nauczyciele mogą się stąd dowiedzieć o ZA, bo - jak zresztą widzicie powyżej - nie mamy najmniejszego kłopotu z mówieniem o tym ludziom i zwykle spotykamy się z ogromną życzliwością. Jednak chłopcy muszą mieć podstawowe poczucie bezpieczeństwa, że ich sprawy domowe pozostają prywatne i pewnego pięknego dnia kumpel ze szkoły nie zacznie się z jednego czy drugiego naśmiewać, że się rozryczał nad planszą do "Pandemika".

Nie chcę kasować całego wątku, bo nadal uważam, że jest potrzebny, zrobię zatem tak: zmienię chłopcom imiona, edytując cały wątek, a wyjaśnienie administracyjne też stąd zniknie niebawem, bo nowym użytkownikom forum i nowym czytelnikom wątku nie będzie do niczego potrzebne. Pozostanie historia rodziny z dzieckiem z ZA, ale już w mniej oczywisty sposób rozpoznawalna i nie stwarzająca dla chłopców tylu zagrożeń.

MamaExpresika

Wsparcie

Posty: 1050


Rejestracja:
16-02-2012 19:29

Dzieci: Expresik 7 lat i 3 mc - prawdopodobnie ADHD (zdania uczonych są podzielone)

Ja: PPP sądzi, że mam ADHD ;)

Post 03-07-2012 08:48

Anchen masz zdolnych synów. Chętnie poczytam o tym jak się dajesz prosić ;)
W każdym z nas tkwi talent ważne by go dostrzec i w niego uwierzyć...

Dosia

Awatar użytkownika

Rodzic i nauczyciel

Posty: 11855


Rejestracja:
11-05-2006 02:24

Dzieci: Marcin 23 lata, Piotr 31 lat

Post 03-07-2012 12:31

Anchen pisze: Jaś doszedł do wniosku, że muszą się schować, żeby nikt ich nie wziął za sieroty i nie zabrał do przytułku
Nie wiem, czy byłabym w stanie spokojnie wysłuchać, że dziecko ma takie rozsądne uzasadnienie ukrywania się. Prawdopodobnie udałoby się mu dojść do głosu po jakichś 15 minutach :oops:

Co do gry, to jest naprawdę skuteczne - pozwolić dziecku naprawdę chcieć. :OK:
Moi synowie są już dorośli, obaj po maturze i obaj usamodzielnieni. :OK:

Przekonałam się, że ani ADHD ani ZA nie jest wyrokiem i staram się szerzyć wiedzę o tym, jak pomóc dzieciom, chociaż uważam, że największe, najpełniejsze i najbardziej wartościowe źródło tej wiedzy znajduje się właśnie tutaj, na tym forum.

dosia.eu - mój blog o wychowaniu

Adam.W

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 393


Rejestracja:
13-06-2012 14:53

Ja: ZA

Post 04-07-2012 13:24

:)

Chłopcy są tak charyzmatyczni:)
Zawsze chętny do rozmowy:)

maciej

Awatar użytkownika

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 2715


Rejestracja:
09-01-2008 17:16

Lokalizacja: Inowrocław

Post 04-07-2012 14:25

Mają to po rodzicach. :D
Michał 18 lat ADHD

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 17-07-2012 09:50

Wiśniowe Wzgórze

Jaś i Staś na koloniach, a ja się wreszcie zebrałam do napisania, cośmy wykombinowali - trochę z lękiem, bo kiedy coś opisuję, to mam wrażenie, że to coś się jakoś konstytuuje, nabiera kształtu i mocy, tymczasem mamy w rodzinie jakiś osobliwy przypływ szaleństwa i tylko czekam, co zmajstruje babcia chłopaków, bo jej to też nie powinno ominąć.

Najpierw jednak warsztaty teatralne Jasia dobiegły kresu i odbyło się wielkie przedstawienie. Jaś był dumny i blady, przez część spektaklu operował wielkim reflektorem, albowiem postanowił zostać sekcją techniczną, przez część zaś pełnił zaszczytną funkcję suflera. Krewnych artystów nalazło się strasznie dużo, myśmy też się stawili w komplecie wraz z babcią i świetnie żeśmy się bawili, zwłaszcza że tekst Brzechwy (bo był to "Kot w butach") w połączeniu z hinduską aranżacją robił osobliwie radosne wrażenie. I patrzymy, a tu podczas braw finałowych nasz Jaś hyc do pani prowadzącej zajęcia, a cały szczęśliwy i aż lśniący z radości w swojej białej koszuli - no i pani go przedstawiła, i kłaniał się razem z nią. Popłakałam się ze śmiechu na ten nieznany sceniczny rys naszego potomka. Po spektaklu dzieci rzuciły się do konsumpcji ciasteczek, których napiekłyśmy z jeszcze jedną mamą i z pewnym skrępowaniem zaobserwowałam, że Staś usadowił się centralnie naprzeciw miski ze swoimi ulubionymi rogalikami z jabłkami i konsumował oburącz. Staś zdecydowanie potrafi się ustawić i jakoś jestem spokojna, że to dziecko sobie w życiu poradzi. Tymczasem po wyżarciu większości słodyczy patrzę ci ja i przecieram oczy moje cudne, bo Jaś przygruchał sobie koleżankę, kolegę chyba jakiegoś też i dalejże pospołu na plac zabaw. Ganiali się, huśtali i gadali, przy czym, o dziwo, nawet dopuszczał ją do głosu i nie gęgał wyłącznie o katastrofach morskich. Zuch!

Tej samej nocy spakowałam moje kochane potworki, a rano odwieźliśmy ich do przyjaciół, którzy wraz ze swoim synem mieli ich odstawić na kolonie. Potworki całe z tego powodu szczęśliwe, bo czekał ich jeszcze jeden nocleg u kumpla, a właściwie kumpli, chociaż oni tego półtorarocznego postrzegają, mam wrażenie, jak taki rodzaj łysego, nieco bardziej zaślinionego kota. Zabrali więc swoje kapelusze traperskie, butki do trekingu, rowery, latarki, maski do pływania i płetwy oraz tuziny innych akcesoriów, o których nie chcę wiedzieć, i pomknęli w siną dal. Nawet się specjalnie nie tulili na pożegnanie, parszywki. Cosik szybko dorastają.

Nie odwoziliśmy ich sami - i teraz zaczyna się już ta część o szaleństwie - jako że kupiliśmy ziemię w naszych ukochanych górach i koledzy męża z pracy, gnani po równo chęcią pomocy, bo mąż jest przeuroczy i wszyscy go lubią, oraz ogólnoludzkim wścibstwem, obdarowali nas rozlicznymi działkowymi sprzętami i postanowili je zawieźć na miejsce, a akurat pasował im jedynie ten weekend. Na działce bowiem, a liczy ona 35 arów, znajduje się, jak to określał poprzedni właściciel, domek letniskowy. My nazywamy go kurnikiem, co jest bardziej adekwatne. Kurnik oferuje pewne unikatowe możliwości zbratania się z dziką przyrodą: stoi na betonowej wylewce, wspartej na kamieniach węgielnych, pod którymi poprzedni właściciele, jak się okazało po nadszczerbieniu zielska, które osłaniało go zwartą ścianą parzącej zieleni, kopcowali odpadki i mieszkają tam niezbyt towarzyskie żmije, a poprzez szczeliny pomiędzy deskami można podziwiać gwiazdozbiory. Sprzedając kurnik, poprzedni właściciel zaznaczył, że zamierza zabrać ze środka "tylko kilka rodzinnych pamiątek", jednakowoż jego żona, jak się okazało, była innego zdania i w ogóle nie miała chęci sprzedawać czegokolwiek, a skoro po wywarciu, jak podejrzewam, potężnej rodzinnej presji musiała przystać na sprzedaż, postanowiła zaznaczyć swoje votum separatum poprzez wygarnięcie wszystkiego, co się tylko dało. Oczywiście jej prawo, ale wygląd kurnika po rewindykacji "kilku rodzinnych pamiątek" nieco nas zaskoczył. Ze stałej zabudowy kuchni pani nie zdołała wymontować jedynie jednego blatu, zaznaczyła wszelako, że to wyłącznie dlatego, iż musiałaby uszkodzić boiler (a i konstrukcję nośną, jak mi się wydaje), ale my go mamy wymontować i jej oddać, bo nie daruje. Bzy też mamy wykopać i zadołować u sąsiada, bo chce je zabrać ze sobą, a nie zdążyła, no i sezon nie po temu. Sąsiad, zagadnięty w kwestii dołów, postukał się w głowę i oznajmił, że on o tym nic nie wie i nie pozwoli sobie ryć w trawniku.

Działka jest przepiękna, na zachodnim stoku góry, z widokiem na dolinę i przejściem górą, pomiędzy polami, na naszą ulubioną górkę i do parku krajobrazowego, nad źródełko, przy którym ostatnio Staś wypatrzył młodziutką salamandrę (a ja traszkę, że nie omieszkam się pochwalić). Staś był tego dnia wściekły, darł się o wszystko, kłócił i wywrzaskiwał, że jestem najgorszą matką, jaką zna, aż na koniec pognał przed siebie strumyczkiem, z furią rozpryskując wodę. A potem nastała błogosławiona cisza (bo Staś ma moc w płucach). Śpiewały ptaszki, pszczoły piły ze źródełka, motyle wygrzewały się na szutrowej ścieżce. Aż tu wraca Staś, ale już zupełnie inny, cichutki i radosny Staś, i woła:
- Mamo, mamo, popatrz, co znalazłem.
A tam, za zakolem strumienia, w takim spokojnym nagrzanym zakolu wodnym, siedzi sobie maleńka salamandra. No i Staś się tak rozpogodził, i tak z siebie ucieszył, że nawet wydukał jakieś przeprosiny, a nie przychodzą one kanalii łatwo.
W każdym razie działka jest cudna i w tej okolicy, którą najbardziej lubimy, ale należała wprzódy do pary - nawet nie wiem, jak to nazwać - ekologów ekstremalnych, a właściwie głównie do pani. Nie pochodzą z tej miejscowości, tylko sporego miasta, więc bywali tam rzadko, ale pani od kilkunastu lat twardo spędzała tam wakacje, mieszkając w kurniku. Kurnik, jak mnie zapewniał pan, posiada wszelkie media i w ogóle jest cymesikiem współczesnego budownictwa letniskowego. Cóż, ja jestem dziewczę miastowe i ogólnie tępawe, ale zaintrygowały mnie betonowe kręgi pośrodku centralnej działki (bo to są jakby trzy tarasy, wbite w zbocze góry, z dwoma uskokami pomiędzy tymi tarasami).
- Azaliż to szambo? - zapytuję nieśmiało.
- Tak, tak, szambo - ucieszył się pan. - Widzi pani, jaka wygoda?
- Hm - powiadam, a zwoje mózgowe aż mi się przegrzewają od wysiłku - a jak do niego podjeżdża szambiarka, skoro jest na środku działki i nie ma dojazdu?
Pan zasznurował z niezadowoleniem usta.
- A nie - mówi - to szambo to się nigdy nie przepełniło. Spokojnie, wie pani, wiosną, jak śniegi topnieją, to tutaj jest pełno wody, a też nigdy nie wybiło.
Myślę, myślę, a kora mózgowa zaczyna mi skwierczeć.
- Znaczy - mówię w końcu - ma na dnie przebicie do gruntu?
Pan się jeszcze bardziej skwasił.
- No - rzecze w końcu - oficjalnie to ja tego nie powiem.

Jak się miało niebawem okazać, z większością rzeczy jest jak właśnie z tym szambem - jakieś są dziwacznie koślawe, spartaczone. Być może stanowią manifestację osobowości poprzedniej właścicielki, która wierzyła w naturę. Jej wiara przejawiała się tym, że jak tam pomieszkawała w wakacje lat kilkanaście, tak nigdy niczego nie kosiła i nie przycinała. Owszem, drzew sporo zasadziła, ale na tym się jej zainteresowanie kończyło. Skutek: gady chodzą po naszej własności jak po terrarium.
- No, ale ja się żmii nie boję - tłumaczyła nam pani, kiedy zabawiała nas rozmową u notariusza po tym, jak się okazało, że jej małżonek zapomniał z samochodu teczki z dokumentami. - Wie pan (ze mną nie rozmawiała, słusznie odgadnąwszy, że niebawem wybuchnę, emablowała męża, wyczuwając w nim wrodzone dobre serce oraz szacunek dla niewiast), siedzę sobie na leżaczku na tarasie - czyli, uczcijmy proporcje, na betonowej wylewce - a obok mnie dwie żmije i nawet nie syczą. Żmija to pożyteczne zwierzę, dzięki temu w domku nie ma myszy.
Wprawdzie państwo nam solennie obiecali, że posprzątają (bo przez te lata śmieci mieli zwyczaj kopcować na najniższej działce, co jest dla mnie osobliwością wielką, bo w miejscowości jest segregacja śmieci i wystarczyło je znieść niżej do pojemników, nawet nie trzeba za to płacić) i wykoszą, ale skończyło się na obietnicach i odziedziczyliśmy nieomal tropikalną dżunglę oraz rzeczoną stertę śmieci. O, pardon, pewne wysiłki zostały poczynione - podłożyli pod śmieci ogień, wyszedłszy z założenia, że wystarczy chęć szczera, a metal i szkło stopią się i spłyną w gościnną podkarpacką ziemię. Puszki i butelki oparły się złośliwie, udało im się jednak spalić jedną z brzózek, którą trzeba będzie teraz wyciąć. A nie był to pierwsze raz...
- A tę pompę głębinowa - kiedy nieobecność jej małżonka się przedłużała, pani popadła w nastrój rzewny i tkliwy - tośmy kupili za pieniądze z odszkodowania. Widzi pan, cała byłam poparzona... - I faktycznie, na ramionach i dekolcie miała rozległe stare blizny. - Mieliśmy taką butelkę po rozpuszczalniku i wie pan, jak paliliśmy śmieci, to rzuciłam do ogniska i wybuchło, i całą mnie poparzyło...
No, bo to takie zaskakujące, że jeśli się wrzuci butelkę po rozpuszczalniku do ogniska, to wybucha. Kurcze, myślałam, że Darwin jednak lepiej działa.
- Ale niech pani - to było już do nie - broń Boże niczego nie wycina. Bo ja to tak lubię, jak samo rośnie i się sieje.
A tam są takie pokrzywy, że jak Staś idzie z wyciągniętymi do góry rękami, to mu tylko dłonie widać. Zielsko ściągnęło w dół starą jabłonkę, jeszcze po wcześniejszej gospodyni, i połamało jej gałęzie. Wszystkie drzewa owocowe, bo coś tam przed latami posadzili, są zagłuszone i sparszywiałe, nie rodzą i raczej się ich już nie uda uratować. Nasadzenia robione bez ładu i składu, niektóre drzewa w odległości pół metra od siebie. Strasznie dużo drzewiastych chwastów, samosiejek i odrostów miłorzębów, wierzbiny i wszelakiego badziewia. Część przemrożona i uschnięta. Może właśnie dlatego tak mnie to miejsce chwyciło za serce, że mi tych niszczejących drzew tak ogromnie szkoda, aż wołają o ratunek. Poza tym Jaś znalazł na skraju działki czterolistną koniczynę, więc po prostu nie mogliśmy tego miejsca nie kupić.

Ale najogólniej raj dla naszych dzieci i to taki raj, który trzeba będzie własnymi rękami uratować i odbić zniszczeniu. Bo krajobrazu nie udało się zniszczyć, a na szczycie działki są dwa rzędy starych już modrzewi i sosen, pomiędzy którymi sypiają sarny i kuropatwy. Jest sporo brzóz, które bardzo lubię, oraz kurnik, który będziemy rozbierali, ale jeszcze nie w tym roku. No i jest sąsiad...

Mamy przyjaciół w tej miejscowości, więc pierwszy raz oglądać działkę pojechałam z przyjacielem, który mnie sąsiadowi przedstawił. Sąsiad opowiedział parę barwnych historii na temat poprzednich właścicieli, w skutek których postanowiliśmy natychmiast kupić cały kawał ziemi, bo poprzednia koncepcja była taka, że tylko część. Sąsiad mieszka w pięknym murowanym domku. Ma przed nim wypieszczony trawnik. Ma drogę, którą sam utwardzał i wychodził na nią asfalt w gminie. A za drogą ma nasz - od niedawna - busz ze żmijami i stertami śmieci. Jak się sąsiad ostatniej niedzieli po mszy dorwał do mojego sekatora, to sama nie wiem, kiedy upieprzył cały czarny bez, który zagłuszał winorośl. I mam takie wrażenie, że on, biedny, od lat marzył, żeby się do tego sekatora dorwać, a co wychodził przed dom i spoglądał za drogę, to go szlag trafiał. Potem przeszedł z wiaderkiem chloru i powiada do męża:
- Panie miły, idziemy czyścić studnię.
I wyczyścili. Żona przysłała nam niedzielne ciasto - i czajnik elektryczny na zagospodarowanie się. I przyznam się, że dla mnie ta okolica to są nie tylko krajobrazy, ale ludzie. Pani Malinka, z którą oglądamy książki o starych odmianach jabłoni i która podaje przez płot kalarepkę "dla dzieci". Pani od różanych krzaków, które pachną jak u mojej babci, i "oczywiście, że pani wykopię na jesieni". Pani Dorotka, która robi pierogi ze słodką kapusty z serem, co to myślałam, że tylko w mojej rodzinie je znają, ale ustaliliśmy, że jej rodzina też pochodzi ze Wchodu. Mama Pieszczochy, która uciekła z pracy w ministerstwie i hoduje teraz włochate krowy oraz zbiera zioła. Moja przyjaciółka, którą też tam kiedyś zabraliśmy, śmieje się, że wystarczy mnie puścić w wieś, a sama się wyżywię i jeszcze przyniosę dla rodziny - ale to dlatego, że ludzie są tam po prostu niewiarygodnie dobrzy i życzliwi.

Ale kiedy przyjechaliśmy z kumplami męża z pracy, noc była już ciemna i głucha, a deszcz lał jak z cebra. Wszędzie cicho i czarno, tuż przed północą, nijak kogoś budzić. Na działce żadnej ścieżki przez zielsko, ja w sandałkach, kalosze gdzieś w przyczepie, nie odkopiemy ich w tej ulewie... Nic, myślę, raz kozie śmierć, żmije to zwierzęta zmiennocieplne, więc raczej nie będą chciałby moknąć. Wyjęliśmy sąsiadowi z trawnika dwie lampy solarne, ale serce miałam w gardle, jakeśmy się z nimi zagłębiali w nieznane. Wnieśliśmy tylko starą wykładzinę i trochę piernatów, potem strzelały korki - i te elektryczne, i te od szampana - a jeszcze potem padliśmy pokotem na ziemi w śpiworach. I nic mi się nie śniło. O piątej obudziło nas słońce. A goście powiedzieli, że stanowczo przesadzamy z tym kurnikiem, bo zdarzało im się płacić za miejsca o podobnym standardzie.

Jestem i szczęśliwa, i przerażona. Musimy kupić kosiarkę. I piłę, bo kiedy skończą się okresy lęgowe, trzeba będzie te krzaki i drzewa przetrzebić. Trzeba to zaorać i zbronować. Wyczyścić wysypiska śmieci, wybrać spod nich ziemię, bo nie wiem, co jeszcze poprzedni właściciele mogli palić. Polakierować kurnik i wymienić spróchniałe deski, bo oni ich nie zmieniali, tylko obijali z zewnątrz płytami z folii metalowej, więc pod spodem mogą być jakieś gniazda robactwa. Zakitować co większe dziury w ścianach, bo teraz są zapchane papierem. Wylakierować i przetrzeć podłogę, żeby potworkom drzazgi nie wchodziły w pięty. Poprzycinać drzewa. Coś zrobić z tym szambem i sama nie wiem, co jeszcze. Posadzić jesienią chociaż parę krzaków malin, żeby chłopaki miały w przyszłym roku przyjemność - w ogrodzie moich rodziców najbardziej uwielbiali maliny.

Potworki nazwały to miejsce Wiśniowym Wzgórzem - tylko wiśnie muszą jeszcze posadzić, ale nie zniechęcają się drobnymi niedogodnościami. Są zachwycone.

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 17-07-2012 11:03

Aha, i nie dopisałam jeszcze jednej rzeczy. Podczas negocjowania kupna - a było to jak negocjowanie traktatu wersalskiego i zajmowało tyleż czasu - potworki przeczytały "Lato miejskich ludzi" Wędrychowskiego (z cudnymi ilustracjami Butenki) oraz "Ogród króla Marcina" z "Królestwa baśni" Ewy Szelburg-Zarębiny i doszły do wniosku, że to jest niesprawiedliwe, bo oni też tak potrafią, i zobowiązały się oraz mnie, że my też napiszemy książkę, jakeśmy się osiedlali na naszym Wiśniowym Wzgórzu. I Jaś nawet robi notatki w swoim smoczym pamiętniku, a Staś oznajmił, że jak się lepiej nauczy pisać, to też coś napisze :)

Adam.W

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 393


Rejestracja:
13-06-2012 14:53

Ja: ZA

Post 17-07-2012 13:13

:)

No to drużynowy nobel literacki:)
Zawsze chętny do rozmowy:)

smoczydlo

Awatar użytkownika

Forumoholik

Posty: 2637


Rejestracja:
14-02-2007 18:02

Lokalizacja: Łuków, woj. lubelskie

Post 17-07-2012 13:35

Lubię czytać Twoje opowiadania, czuję się jak byłabym tam razem z Wami.
Człowiek jest wielki,
nie przez to, co ma, lecz przez to kim jest,
nie przez to co posiada, lecz przez to, czym dzieli się z innymi.

danuta2002

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 897


Rejestracja:
12-09-2011 19:34

Dzieci: Asia ADHD,ZA a może całkiem coś innego ?

Post 17-07-2012 16:33

Też lubię czytać Twoje opowiadania Anchen, czekam na dalsze części "Wiśniowego Wzgórza". :)

irena

Awatar użytkownika

Żelazna baba/super rodzic

Posty: 3423


Rejestracja:
07-10-2005 21:20

Lokalizacja: Szczecin

Dzieci: syn 27 lata, syn 26 lat-ADHD, córka 23 lata- ZA, córka 22lata

Ja: Tylko zakręcona, mąż ZA

Post 17-07-2012 16:50

Też czekam na dalsze opowieści z Wiśniowego Wzgórza.
Uwielbia twoje opowieści, najlepsze na popołudniową chandrę.

maciej

Awatar użytkownika

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 2715


Rejestracja:
09-01-2008 17:16

Lokalizacja: Inowrocław

Post 17-07-2012 17:23

Z utęsknieniem czekam na ciąg dalszy. Jak powstanie "Wiśniowe Wzgórze" to poproszę egzemplarz z autografem.
Michał 18 lat ADHD

matken

Awatar użytkownika

Wiedźma dyplomowana

Posty: 6996


Rejestracja:
22-11-2005 09:50

Lokalizacja: Zabrze

Dzieci: Krzysztof ZA (21,5), Jędrzej nie do końca NT (20), Kacper klon najst. (5 i 3/4)

Ja: tego nie wiadomo

Post 17-07-2012 18:16

Ja się chętnie na Wiśniowe Wzgórze kiedyś udam :OK: Mam u siebie żółte maliny, które mi wyrastają na trawnik. Jeśli mi się uda uchronić je od skoszenia, to na jesieni wykopię :D
Stowarzyszenie Akceptacja Gliwice
Klub Rodziców Autyzm HELP Fundacji JiM

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 18-07-2012 10:14

Bardzo Wam wszystkim dziękujemy i kłaniamy się nisko - i nie wątpię, że będziemy się jeszcze na Wiśniowym Wzgórzu spotykali, kiedy już trochę sytuację ogarniemy. Matken, jeśli przywieziesz maliny, odstąpię Ci własne łóżko :)

A jeśli ktoś się zna na kosiarkach, to bardzo chętnie przyjmę wszelkie rady na temat samobieżnych spalinowych, bo czuję się jak Alicja w Krainie Kosiarek obecnie: w ogóle nie rozumiem, czym one się różnią (oprócz ceny). No i w ogóle przyjmę dużo dobrych rad, jeśli ktoś się zna na karczowaniu buszu. Te duże uschnięte drzewa to chyba traktorem się wyciąga? O matko...

matken

Awatar użytkownika

Wiedźma dyplomowana

Posty: 6996


Rejestracja:
22-11-2005 09:50

Lokalizacja: Zabrze

Dzieci: Krzysztof ZA (21,5), Jędrzej nie do końca NT (20), Kacper klon najst. (5 i 3/4)

Ja: tego nie wiadomo

Post 18-07-2012 13:26

Mąż mój posiada piłę spalinową, ale chyba nie ośmielę się zaoferować jego usług. Myślę jednak, że mógłby coś doradzić przed zakupem takowej, bo się w tym orientuje (posiada też ukończony kurs pilarza :OK: ). Nie wiem jak wygląda u niego znajomość kosiarek spalinowych, ale mogę zapytać :hmmm:
Stowarzyszenie Akceptacja Gliwice
Klub Rodziców Autyzm HELP Fundacji JiM

Żunia

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 3564


Rejestracja:
05-01-2008 16:37

Post 18-07-2012 21:17

mam maliny owocujące 2 razy w roku.
rozrastają się w zabójczym tempie.chętnie się podzielę. :D
mój kochany czternastolatek ma zdiagnozowane ZA i ADHD

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 19-07-2012 09:58

Dzięki, malinowe panienki. Maliny przetwarzamy w każdych ilościach.

Co do piły to mój mąż zgłasza stanowcze veto wobec Podkarpackiej Masakry Piłą Elektryczną: jakoś nie chce mnie puścić samopas z narzędziem, ciekawe dlaczego... Ja bym chętnie wyposażyła się w coś złowieszczego, bo niedźwiedź na górce nieopodal okazał się niedźwiedzicą i ma małe. Na drzewach wiszą jej ostrzegawcze konterfekty.

Z kolonii potworków dobiega głucha cisza, którą uznaję za dobry znak i ani myślę tam wydzwaniać. Dobrze mi.

dreptak

Awatar użytkownika

Terapeuta

Posty: 13318


Rejestracja:
20-02-2005 21:41

Lokalizacja: Warszawa

Post 19-07-2012 10:29

Są dwa rozwiązania: Albo potworki są grzeczne albo tak sterroryzowały wychowawców, że ci nie śmią chwycić za telefon :)
Trzymajmy się tej pierwszej wersji!!!

Adam.W

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 393


Rejestracja:
13-06-2012 14:53

Ja: ZA

Post 19-07-2012 12:26

:)

W tym drugim niebieska linia...
Zawsze chętny do rozmowy:)

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 19-07-2012 13:08

Jaś jest na tych koloniach trzeci raz, Staś - drugi. Zabrali kumpla, sześciolatka, u którego dr Skotnicka też podejrzewa ZA, a ja jestem całkowicie spokojna o całą ich trójkę. Dlaczego? Bo kolonie są malusieńkie, od lat prowadzi je nauczycielskie małżeństwo, obecnie już sami mają wnuki, i przez te kolonie przeszło sporo dzieci naszych znajomych, które najpierw jeździły tam jako koloniści, potem pomocnicy wychowawców. To mały drewniany domek z trzema pokojami dla dzieci na piętrze. Dzieci jest mniej więcej piętnaścioro, do nich dwoje opiekunów, kucharka i wspomniani cudowni ciocia z wujkiem. Domek stoi w lesie sosnowym, na sporym ogrodzonym terenie. Są domki na drzewach, przejścia linowe pomiędzy drzewami, kryjówki, boisko do piłki. Każde dziecko zabiera ze sobą rower, bo sporo jeżdżą po okolicy na wycieczki rowerowe (w dwóch podgrupach - starszaki i maluchy oddzielnie ze względu na możliwości). Poza tym dzieci chodzą nad rzekę, gdzie Jaś namiętnie zbiera muszelki, jeżdżą na basen, robią jakieś przedstawienia, konkursy etc., ale przede wszystkim mają dużo takiego czasu na własną zabawę, do której moi po naprawdę intensywnym roku szkolnym bardzo tęsknią. Długo się zastanawiałam, czy ich nie wysłać na jakiś obóz tematyczny, ich trenerka z aikido (jakoś się toto nazywa, ale nie potrafię zapamiętać tych wszystkich sen-coś-tam-coś-tam) mówiła, że spokojnie ich obu od ręki zabiera i nic się nie boi, ale uznaliśmy, że potrzebują więcej właśnie takiej swobodnej zabawy. I obaj bardzo chcieli jechać na wakacje do cioci i wujka, zapewne po trochu i dlatego, że to są bardzo doświadczeni pedagodzy, ciepli, cierpliwi, ale też stanowczy i jasno określający zasady. I nie robią z - pardon my French - dupereli tragedii, rozumieją, że jak dzieciak prowokuje, gruchając "tit-tit mać!" (a Jaś tak w zeszłym roku gruchał, przyswoiwszy parę nowych słów podczas akcji Lato w Mieście od starszych kolegów), to trzeba mu zadać dziesięć przysiadów, a nie wydzwaniać po rodzicach z "Łolaboga, łolaboga!".

Więc ja się przyznam, że czuję się nieco wyrodną matką, ale całkowicie spokojną wyrodną matką. Ciocia da sobie z nimi radę. Jakby miała jeszcze ze trzy nadliczbowe potworki, też by sobie dała radę.

MamaExpresika

Wsparcie

Posty: 1050


Rejestracja:
16-02-2012 19:29

Dzieci: Expresik 7 lat i 3 mc - prawdopodobnie ADHD (zdania uczonych są podzielone)

Ja: PPP sądzi, że mam ADHD ;)

Post 19-07-2012 13:29

Anchen do takiej cioci to nawet ja (nadopiekuńcza nieustająco drżąca mamuśka) wysłałabym mojego Expresika. Fantastyczna sprawa! Naprawdę szczerze zazdroszczę, bo też bym chciała pobyć "całkowicie spokojną wyrodną matką" :OK:
W każdym z nas tkwi talent ważne by go dostrzec i w niego uwierzyć...

dreptak

Awatar użytkownika

Terapeuta

Posty: 13318


Rejestracja:
20-02-2005 21:41

Lokalizacja: Warszawa

Post 19-07-2012 13:51

My też wysyłaliśmy w takie miejsce. Też wysyłaliśmy i mieliśmy dwa tygodnie laby :)
I wcale nie czuliśmy się wyrodnymi rodzicami, bo pędraki wracały przeszczęśliwe.

MamaExpresika

Wsparcie

Posty: 1050


Rejestracja:
16-02-2012 19:29

Dzieci: Expresik 7 lat i 3 mc - prawdopodobnie ADHD (zdania uczonych są podzielone)

Ja: PPP sądzi, że mam ADHD ;)

Post 19-07-2012 14:17

Wyślę. Nawet jeśli wcześniej będę musiała stoczyć batalię z nadopiekuńczym tatuśkiem :)
Właśnie wrócili z tygodniowego wyjazdu, w sobotę wyjeżdżamy we trójkę, ale potem :lol:
W każdym z nas tkwi talent ważne by go dostrzec i w niego uwierzyć...

AgaSzczecin

Dama/Kawaler Srebrnego Orderu ADHD

Posty: 65


Rejestracja:
12-12-2011 11:06

Post 20-07-2012 11:02

Wow !
Jestem pod wrażeniem opisu miejsca pobytu i opiekunów kolonistów :opada:
Swojego Trolla też bym z chęcią puściła w takie miejsce.

Ale nie mam pojęcie gdzie szukać takich "rarytasów" ...
POZDRAWIAM !
Aga

Adam.W

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 393


Rejestracja:
13-06-2012 14:53

Ja: ZA

Post 20-07-2012 11:05

:)

Ludzie cenniejsi niż miejsce:)
Zawsze chętny do rozmowy:)

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 23-07-2012 08:41

Jeszcze bez kolonijnych potworków odbyliśmy kolejny kurs na naszą dumną podkarpacką posiadłość. Jak się okazało, nad włością przeszła trąba powietrzna, która - o błogosławiona przyrodo! - połamała parę miłorzębów (nie cierpię tego zielska, a rozpleniło się bujnym chaszczem) oraz rozwaliło pokaźny kawał przegniłego płotu, a właściwie takiego ogrodzenia, jakim się czasami okalało końskie zagrody. Ja z tych niegrodzących i w ogóle w okolicy ludzie nie grodzą, więc bardzo jestem zadowolona, że tak się nam poszczęściło. Kiedy sąsiad opowiadał nam o tej trąbie powietrznej, na lipie nad drogą przysiadło wielkie skrzydlate bydlę i przyglądało się nam badawczo.
- E, to zwykły jastrząb - powiedział sąsiad. - Ale tam, za górką, siedzą orły przednie, jak taki siądzie za żerdce na kopce siana, to jak potem podlatuje, to pół kopki roznosi skrzydłami.
Ale orłów nie widzieliśmy, może dlatego, że kopki siana skutecznie rozniosła burza. Za to przez dwa dni słyszeliśmy nad sobą skwirlenie jastrzębi, ani chybi jesteśmy na ich rewirze łowieckim.

A dalej było już coraz zabawniej. Miły pan, narajony przez sąsiada, skosił zielsko na działce i oczom naszym zdumionym w całej okazałości ukazały się sterty śmieci. Szkła, starych puszek, nadpalonych butów, plastiku rozmaitej proweniencji, druty z popalonych parasolek, ba!, nawet stare baterie tam były, a wszystko dobrze już przerośnięte perzem, bo najwidoczniej ów proceder palenia, trwał pod osłoną zielska ładnych parę lat. Wyzbieraliśmy osiem sizalowych worków, takich, w których wywozi się gruz z budowy, a wszystko w takim rosnącym zdumieniu, a mąż, który dzierżył łopatę, kalał przy tym moje uszy takimi słowy, że nawet nie podejrzewałam go o ich znajomość. Zebranie śmieci, które miało nam zająć ze dwadzieścia minut, przeciągnęło się do paru godzin, a pewnie trzeba jeszcze będzie wybrać ziemię spod pogorzeliska, bo mąż mnie wprawdzie zapewnia, że polimery się z niczym nie wiążą, ale czort wie, co te matołki jeszcze tam paliły.

W każdym razie tak się strasznie zmordowałam, że bez namysłu padłam spać na materacu na podłodze. A następnego dnia patrzę, a z tejże podłogi przygląda mi się mała jaszczurka zwinka. Gad się przeraził chyba jeszcze bardziej niż ja. Najpierw udawał trupa, żeby mnie przeczekać - ostatecznie mieszkał tam zapewne dłużej - ale w końcu nerwy mu puściły i zaczął ganiać na oślep, jakoś uporczywie nie trafiając do tej szczelinki, przez którą się zakradł do środka. Ostatecznie musiałam go wynieść na szufelce, a następnie zaordynowałam szpachlę do drewna na ściany, bo dzika przyroda w łóżku jakoś mnie nie pociąga. Stanowczo muszę się od gadów odgrodzić.

Bo tuż po spotkaniu ze zwinką w przebłyskach słońca zobaczyłam tuż przy wylewce (dumnie zwanej przez poprzednich właścicieli tarasem) dwa gustownie zwinięte gadzie kształty. Jeden ciemniejszy, drugi jaśniejszy, z wzorkiem na grzbiecie. Ta działka była niekoszona przez kilkanaście lat i są tam stare nawisy przegniłej trawy, idealne dla wszelkiego plugastwa. No i gady grzały się z rozkoszą o dwa kroki od wejścia. Łbem się nie nadstawiły, a żmiję umiem rozpoznać tylko jeśli się łbem nadstawi, ale sądzę, że to ciemniejsze to był poczciwy zaskroniec, a to jaśniejsze nie mam pojęcia. Ale najśmieszniej było, kiedy zabraliśmy się do karczowania resztek rzędu tui, które kiedyś miały oddzielać najwyższą działkę od pozostałych. Było to jednak w czasach nad wyraz zamierzchłych i tuje zostały skutecznie zgłuszone przez rozliczne zielsko, mamy tam więc mur, który okalał wieżę Śpiącej Królewny - jest zielsko, pokrzywy, perz, osty i trawa, a pod nimi spróchniałe i porośnięte już mchem resztki tych krzaczorów. Ponieważ poprzedni właścicieli wybrali odmianę gęstą i płożącą, nie da się w to wejść nawet w ubraniu roboczym, zresztą strach. Człowiek z Kosiarką nawet nie próbował i zupełnie go nie winię, bo myśmy się tam podkradli wyposażeni w grabie, sekator i nożyce do cięcia żywopłotów - chodzi o to, żeby narzędzie było na odpowiednio długim drzewcu - i przez parę godzin udało się nam wykarczować jakieś dwa metry bieżące. Jeden krzak na trącenie grabiami odpowiadał donośnym syczeniem i przyznam ze wstydem, że zrejterowaliśmy przed krzakiem.

Kiedy ścinaliśmy połamane konary i drzewa, w wierzbach harcowały sójki i chyba para wilg, ale nie jestem pewna, bo nigdy dotąd nie widziałam wilgi. I to jest zupełnie niesamowite wrażenie, kiedy się siedzi na wylewce z herbatą, do której pada taki przyjemnie ciepły deszcz, co jednakowoż w ogóle nie ma znaczenia, bo człowiek też pada - ze zmęczenia, a wokół uwijają się ptaki i małe jaszczurki udają w błocie zupełnie przypadkowe kawałki gałązek. W zupełnym międzyczasie udało się nam ochędożyć kuchnię i zainstalować łóżka dla potworków - i za tydzień jedziemy tam na miesiąc. Stęskniłam się już za nimi.

maciej

Awatar użytkownika

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 2715


Rejestracja:
09-01-2008 17:16

Lokalizacja: Inowrocław

Post 23-07-2012 16:46

Wygląda na to, że brakuje tylko smoczycy i ogra ( oczywiście razem z osłem :lol: )
Michał 18 lat ADHD

danuta2002

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 897


Rejestracja:
12-09-2011 19:34

Dzieci: Asia ADHD,ZA a może całkiem coś innego ?

Post 23-07-2012 20:21

Anchen, jestem pełna podziwu. :jestes_wielki: Twoja walka z takim gadem,jak jaszczurka:) mnie by przerosła.

Żona Dreptaka

Wsparcie

Posty: 6424


Rejestracja:
14-03-2005 21:39

Post 23-07-2012 23:21

Anchen pisze:... w wierzbach harcowały sójki i chyba para wilg, ale nie jestem pewna, bo nigdy dotąd nie widziałam wilgi.
Wygląda tak: http://pl.wikipedia.org/wiki/Wilga_zwyczajna

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 27-07-2012 09:21

Żona Dreptaka pisze:
Anchen pisze:... w wierzbach harcowały sójki i chyba para wilg, ale nie jestem pewna, bo nigdy dotąd nie widziałam wilgi.
Wygląda tak: http://pl.wikipedia.org/wiki/Wilga_zwyczajna


Nie chciała się tak ładnie nadstawić w krzakach do oględzin, więc nadal nie jestem pewna. Ale jest nadzieja, w przeciwieństwie do nas, starych leserów, Jaś przykładnie zabiera ze sobą aparat fotograficzny i ma niezła lornetkę. Postaram się zrobić mu stanowisko obserwacyjne.

Jutro odbieramy potworki z kolonii i zaraz wiejemy w góry, ale wczoraj - w ramach czasu wolnego od rodzicielskich obowiązków - podreptałam do naszego starego i ukochanego przedszkola. Jaś był tam w pierwszej grupie, kiedy przedszkole powstawało i były pierwsze dwie nauczycielki: jedna z nich pedagog, druga psycholog, obie bardzo dobre. Dla nas miało to gigantyczne znacznie, ponieważ wcześniej Jaś zaliczył kilka miesięcy fatalnego debiutu przedszkolnego w innym miejscu i zmienialiśmy mu przedszkole z duszą na ramieniu. To pierwsze wybraliśmy z dużym namysłem, miało świetny program, bardzo otwarty i włączający w kulturę i naukę, dobre warunki lokalowe i nader elokwentną dyrektorkę. Dzieci nie zostały podzielone na grupy wiekowe, ale uznaliśmy, że ma to swoje zalety, jeśli nauczyciele są odpowiednio przygotowani. Moim zdaniem nie byli, ale przede wszystkim to przedszkole z malutkiej kameralnej placówki zmieniało się właśnie w pełnowymiarowe przedszkole prywatne, trochę obliczone na dzieci "elit", jakkolwiek je będziemy definiowali. A Jaś nie miał jeszcze trzech lat, słabo mówił, kiepsko się integrował z grupą i w chwilach konfliktu albo się wycofywał albo uprawiał rękoczyn, przy czym on nawet nie był agresywny, bo to nie tak, że się na kogoś rzucał z pięściami, tylko usiłował się włączać w zabawę w piaskownicy, nie wychodziło mu, więc w ramach zagajenia rozwalał łopatką babki innym dzieciom. Na rozmowę z dyrekcją zostałam wezwana bodajże drugiego czy trzeciego dnia jego pobytu, bo okazało się, że przechodził obok jakiegoś chłopca, który siedział na dywanie i nagle całym ciałem naparł na jego plecy - ot, tak towarzysko, bez ostrzeżenia czy dania racji, może się chciał posiłować, pojęcia nie mam. Widziała to mama tego drugiego chłopca i dostałą spazmów, że agresja, że dzicz, że Jaś do psychiatry, że ona tutaj nie może zostawiać dziecka i spokojnie pracować i proszę natychmiast coś z tym zrobić. No więc kadra postanowiła mnie wezwać, żebym ja coś z tym zrobiła. Stosunkowo mało wiedziałam wtedy o mamuśkach w Ray-Banach, więc zamiast spokojnie powiedzieć dyrektorce przedszkola, żeby wysłała do psychiatry damę w Ray-Banach, przejęłam się straszliwie i zaczęłam się tłumaczyć. I myślę teraz, że to był błąd, bo przez kolejne miesiące byłam regularnie wbijana w poczucie winy i przekonywana, że źle wychowujemy dziecko i że to wszystko jest skutkiem naszej rodzicielskiej nieudolności. Wyrobiły mi regularną nerwicę - bałam się odbierać dziecko z przedszkola, bo codziennie musiałam wysłuchać skarg na dziecko i to, jak teraz oceniam, kompletnych dupereli. Że Jaś komuś zabrał łopatkę (zaskakujące u trzylatka). Że Jaś nie uczestniczy w zajęciach z fizyki (robiłam z nim te eksperymenty parę miesięcy wcześniej, kiedy miał zapalenie płuc i byłam do niego przykuta przez parę tygodni). Że nie chce karmić wiewiórek w Łazienkach, a wszystkie inne dzieci tak się cieszą (fakt, w dupie miał wiewiórki, gdyby były mechaniczne, może by się zainteresował, ale w Łazienkach bywał bardzo często - i było to dla niego miejsce grozy, odkąd, a miał wtedy może ze dwa lata, pewien bezczelny paw przypadł do jego wózka i wyrwał mu z ręki gofra - a poza tym my mamy do zawsze koty, wtedy mieliśmy persy, teraz syberyjskie, więc na widok zwierząt futerkowych nasze dzieci nie popadają w niekontrolowaną ekstazę). Że się wolno ubiera (serio, serio). Że nie siedzi spokojnie. Że ma wędrujące ręce, cały czas coś maca, dotyka (dostymulowywał się sensorycznie, biedaczek). Że się tłucze z dzieckiem pewnego słowackiego dyplomaty - i w tym temacie należy się pewna zabawna dykteryjka. Otóż, po paru latach okazało się, że rodzice chłopca, który później został przyjacielem naszego Jasia, też zastanawiali się nad tym przedszkolem, ale zrezygnowali po tym, jak tato poszedł na zajęcia, żeby sobie poobserwować przedszkole i zobaczył, jak potomek dyplomaty o nader charakterystycznym imieniu, a był dwa lata starszy od Jasia, tłucze go na placu zabaw. Panie ich oczywiście rozdzieliły i nie było to nic dramatycznego - bo ja naprawdę nie mam złudzeń i wiem, że dzieci się czasami poszarpią - ale zmroziła go reakcja pań, które się zastanawiały głównie nad tym, czy nic nie będzie widać, czy nie zostaną siniaki. No i właśnie dlatego swojego dziecka tam nie posłał.

Myśmy z mężem wszelako trwali w naiwnym przeświadczeniu, że wykształceni pedagodzy wiedzą chyba, co robią. Ale Jaś płakał, kiedy szedł do przedszkola, ja płakałam całymi nocami, bo widziałam, jaki jest nieszczęśliwy - i w ogóle to był chyba najgorszy okres dla naszej rodziny. Panie cały czas miały do mnie pretensje, że Jaś się nie integruje z grupą, a ja, głupia Czerwony Kapturek, korzystając z całego swojego doświadczenia, z warsztatów Klanzy, na które biegałam jako studentka, z mojego pedagogicznego fakultetu, z doświadczeń w świetlicy środowiskowej, gdzie pracowałam z dziećmi z rodzin zaniedbanych, z harcerstwa wreszcie, wypisywałam im elaboraty, co on lubi i jak go można zachęcić do zabawy. Aż mi głupio, jak sobie przypomnę, jaką byłam kretynką, bo trzeba było po prostu powiedzieć, że sorry Winnetou, ja naprawdę mogę wiele ze swoim dzieckiem zrobić, ale z grupą przedszkolną go nie zintegruję, bo to nie moja broszka i do jasnej i ciężkiej cholery, płacę ze to przedszkole taką kasę, że życzę sobie kategorycznie, żeby ktoś się zajął integracją mojego dziecka z kolegami. No, ale jak wspomniałam, meandry prywatnego szkolnictwa nie były mi jeszcze wówczas dobrze znane i nie wiedziałam jeszcze, że zabawa w szukanie winnego może być ważniejsza od rozwiązania problemu. Niewątpliwie znaczenia miało też to, że pracowałam wcześniej z naprawdę trudnymi dziećmi, dziećmi, które żyły w norach bez elektryczności i w wieku lat dziesięciu plus nie potrafiły czytać, bo - jak rozbrajająco przyznawały - ojciec, wujek i dziadek są złodziejami i umiejętność czytania w ogóle im się nie przydaje. W każdym razie zapewne dlatego Jaś w ogóle mi się nie jawił jako problem, bo problem to wtedy, kiedy dziecko się kiwa, a na wszelkie pytania odpowiada szczerbatym "kulwa, kulwa" i tygodniami nie potrafisz do niego dotrzeć. I to była bardzo myląca perspektywa, bo w szkolnictwie prywatnym - nie całym, ale znacznej jego części - takich dzieci nie ma nie tylko w placówce czy jej przyległościach, ale nawet w odległej perspektywie intelektualnej, gdzieś na obrzeżach świadomości. One po prostu nie istnieją. Świat ma być zaludniony przez idealne, grzeczne, spokojne i posłuszne małe klony.

Rzeczywistość nie naginała się jednak dobrze do oczekiwań i przez te parę miesięcy, jakie tam spędziliśmy, wychowawczyni grupy Jasia zmieniała się bodajże czterokrotnie, co oczywiście nie miało związku z jego zachowaniem, bo jak ustalono, winni byliśmy my. A ja w końcu się wybrałam na dzień w przedszkolu, że doradzić paniom, jak mają zintegrować moje dziecko z grupą (o ja głupia tit-tit! :glawa w sciane: ). I był to ostatni dzień, jaki Jaś spędził w tym przedszkolu, bo nie poszło nawet o ogólny chaos i miotanie się kadry czy otwieranie okna w styczniu po zajęciach gimnastycznych, "żeby sala się wywietrzyła", kiedy spocone dzieci przebierały koszulki, ale czysty, żywy darwinizm, jaki tam panował. Dla najmłodszych i najsłabszych towarzysko dzieci brakowało pędzelków i krzeseł przy posiłkach. Starsi się przed nie wpychali w kolejkach podczas ćwiczeń gimnastycznych (a pani od gimnastyki pożytecznie uświadomiła mnie, że Jaś tam przepłakał parę miesięcy, że literalnie całymi dniami siedział w kąciku i płakał, o czym jakoś, o dziwo, omieszkano mnie poinformować). Wróciłam do domu i pamiętam, że usiedliśmy z mężem i zastanawialiśmy się, jak mogło do tego dojść, że zlekceważyliśmy tyle sygnałów i dlaczego tak usilnie próbowaliśmy wierzyć, że wszystko jest dobrze. I myślę teraz, że zadziałała zasada salami - to nie był jeden wielki skok od cudownego przedszkola do przechowalni, tylko powolutku sypały się kolejne rzeczy, a my wmawialiśmy sobie, że przecież to tylko drobna zmiana i tyle już przetrwaliśmy, więc może wreszcie będzie lepiej.

Decyzja o zmianie przedszkola była ogromnie trudna. Znaleźliśmy je w innej dzielnicy - potem przeprowadziliśmy się, żeby mieć do niego bliżej, tak, tak, mili moi, zmienialiśmy mieszkanie z powodu przedszkola - i zawsze będę pamiętała, jak się wybrałam na rozmowę z dyrektorką, cała przerażona, i ile mnie kosztowało, żeby się tam przy niej nie rozpłakać. A ona mi powiedziała, że spokojnie, dzieci są różne i z pewnością dadzą radę z Jasiem. Zupełnie jej oczywiście nie wierzyłam. Miejsce było malutkie, w przyziemiu. Mało zabawek. Dwie panie i jedna grupa dzieci, też w różnym wieku. Wciąż prowadzili nabór. Program edukacyjny - banalny. Oferta zajęć dodatkowych - taka sobie. Ale jakoś się zdecydowaliśmy, z duszą na ramieniu.

A potem było jak w bajce. Okazało się, że nasz Jaś integruje się w grupą. Uwielbia swoją panią. Uczestniczy w zajęciach. Chętnie chodzi do przedszkola. A na dodatek my jesteśmy świetnymi rodzicami.

Ci, co dobrnęli do tego miejsca, zastanawiają się pewnie, dlaczego o tym wszystkim piszę. Bo wczoraj, kiedy spotkałyśmy się z cudowną wychowawczynią Jasia i świetną dyrektorką przedszkola, zastanawiałam się, co sprawiło, że nam się tak dobrze współpracowało. Przede wszystkim jego wychowawczyni naprawdę jest cudem, moim zdaniem - a wszyscy znani mi rodzice z naszej grupy się z tym zgadzają - nauczycielem idealnym. Ciepła, serdeczna, mądra dziewczyna, która bardzo dużo daje tym maluchom, przygotowuje je dobrze edukacyjnie, ale chyba jeszcze większą uwagę zwraca na sprawy społeczne i emocjonalne. Niezwykle wychylona ku dziecku, indywidualizująca pracę, dająca mnóstwo aprobaty. Spokojna. Umiejąca zaprowadzić porządek, ale zarazem tłumacząca wszystko na korzyść dzieci. Kiedyś wkurzony Jaś strzelił ją z byka w brzuch, więc kiedy go odbierałam, powiedziała, że niestety musiała po posadzić na krzesełku na uspokojenie, ale przedyskutowali tę sytuację, wszystko jest pod kontrolą, no i ona go rozumie, bo bardzo się zdenerwował. W całym przedszkolu panował taki spokojny porządek i to już zasługa dyrektorki, która świetnie te wszystkie dziewczyny dobierała, ale też wydawała mi się zawsze niezwykle wyważoną i zrównoważoną osobą. Nie było miotania się, histerii, pretensji, rozdmuchiwania problemów, tylko taka spokojna konstatacja, że problemy są, bo muszą być, bo dzieci to dzieci, ale wszystko jest pod kontrolą i dajemy sobie radę, bo od tego jesteśmy, żeby dawać sobie radę.

Ale wczoraj, kiedy rozmawiałyśmy, wychowawczyni Jasia powiedziała mi, co dla nich ma znaczenie w pracy z dziećmi. Powiedziała, że bardzo rzadko zdarzają się rodzice, którzy potrafią przyjąć też perspektywę drugiej strony. I ona to rozumie, bo oczywiście dla każdego jego dziecko jest najważniejsze, najlepsze i najmądrzejsze, ale tym bardziej ceni tych, którzy potrafią zrozumieć, że jeśli w grupie jest czternaścioro dzieci i trzynaście idzie za nauczycielem w prawo, a czternaste puszcza się pędem w lewo, to to jednak jest kłopot. I nie chodzi o narzekanie, bo to jest jej praca i ona sobie naturalnie poradzi, ale to jednak jest trudniejsze. Rzadko zdarzają się rodzice, którzy rozumieją, że pewnych problemów nie da się pokonać wyłącznie w przedszkolu, bo teraz bardzo dużo ludzi jest nastawionych zadaniowo, mają podejście "płacę, wiec wymagam", więc pewne zadania wychowawcze po prostu delegują i ona oczywiście rozumie ich zapracowanie i brak czasu, ale pewnych rzeczy nie jest w stanie zrobić sama. Rzadko rodzice rozumieją, że szanowanie indywidualizmu ich dziecka jest piękną i słuszną idea, ale jeśli pięcioletni szczyl wychowywany w tymże poszanowaniu wmówi całej grupie, że buraczki to trucizna i ostrzeżenie to przeniknie to trzylatków, które na widok buraczków dostają regularnej histerii, to jest to jednakowoż problem. A jej słowa mają dla mnie o tyle wagę, że ona wśród tych czternaściorga dzieci w naszej grupie miała Jasia z ZA, jego kumpla z ADHD, jego dwóch kumpli z zaburzeniami integracji sensorycznej, jego kumpla adoptowanego w wieku bodajże trzech lat, kiedy to wróżono mu szkołę specjalną (obecnie świetnie sobie radzi w podstawówce); dziewczynki znam słabiej, ale trzy chodziły na zajęcia integracji sensorycznej. Opiekowała się tymi dziećmi, utulała je, doradzała rodzicom terapie. I wszystkie te dzieci wysyłała w świat przygotowane, pewne siebie, silne, ufające dorosłym, ciekawe świata, umiejące współpracować, a ona nadal się przejmuje i kiedy słyszy o kłopotach "swoich dzieci", to głos jej się zaczyna trząść i zastanawia się, co jeszcze mogła zrobić i czy czegoś nie zaniedbała.

Więc tak sobie pomyślałam, że Wam napiszę, co mi ważnego powiedział ukochany Nauczyciel Idealny Jasia.

Adam.W

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 393


Rejestracja:
13-06-2012 14:53

Ja: ZA

Post 27-07-2012 09:51

:)

Interesujące, Ważne słowa...
Zawsze chętny do rozmowy:)

irena

Awatar użytkownika

Żelazna baba/super rodzic

Posty: 3423


Rejestracja:
07-10-2005 21:20

Lokalizacja: Szczecin

Dzieci: syn 27 lata, syn 26 lat-ADHD, córka 23 lata- ZA, córka 22lata

Ja: Tylko zakręcona, mąż ZA

Post 27-07-2012 16:55

Święte słowa Anchen.
Nie są ważne super programy, atrakcje. Najważniejszy jest spokój i równowaga.Bez względu czy to jest państwowe, czy prywatne szkolnictwo.
Mój najstarszy miał w zerówce, panią nastawioną na sukces i dyscyplinę. Sala doposażona we wszystko co najnowsze i najlepsze. Mieliśmy sporo hojnych sponsorów. Wychowawczyni kompletnie nie przyjmującą do wiadomości, że niektóre z dzieci mogą mieć jakieś deficyty. Owszem ćwiczyła z nimi, ale na zasadzie masz do zrobić od a do z ........
Syn na pytanie o panią z zerówki, kwituje krótko i dosadnie: stara ......... powinna mieć zakaz kontaktu z dziećmi.
Dziewczyny trafiły do innej szkoły, baaardzo skromna salka. Pani chodząca spokojność wielkością niewiele większa od zerówkowiczów :shock: .Zaangażowana i potrafiąca wciągnąć rodziców w pomoc np. w przygotowaniu pomocy naukowych. Mając 25 dzieciaków potrafiła dotrzeć do każdego, zapanować nad największymi rozrabiakami. W Pauli klasie na 25 dzieci, było 4 z ADHD i jedno dziecko upośledzone. Kompletnie nie wiem jak Ona to robiła.Bardzo nam pomogła i wspierała Paulę nawet gdy, ta była w starszych klasach. Gdy było jej źle, zawsze mogła iść do Niej, po pociechę i wsparcie.
Nie ważne jest wyposażenie, piękne sale czy place zabaw. To dobrzy nauczyciele dają naszym dzieciakom wiarę w to, że mogą i potrafią.

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 04-09-2012 08:39

Wróciliśmy!

I bardzo jesteśmy nieszczęśliwi, że wróciliśmy. Zadyszani wpadliśmy do DC w niedzielę tuż przed północą, obejrzeliśmy potworki na okoliczność kleszczy i zapędziliśmy do łóżek, a o poranku zaprowadziłam obu panów do naszej cudnej prywatnej szkoły i tak sobie stanęłam w drzwiach, spojrzałam na te wyfiokowane matki w dwudziestocentymetrowych szpilkach i alternatywnie przybranych tatusiów i dotarło do mnie, że przez ostatni miesiąc na Podkarpaciu nie widzieliśmy ani jednego takiego dziwadła i może jednak robię im krzywdę tym miejscem. Ale potem chłopcy wpadli w objęcia kumpli - Staś też, bo jest w klasie ze swoim ulubionym kolegą z przedszkola - a potem dzieci oznajmiły, że nie ma bata, idziemy razem na plac zabaw (gdzie się tak upodlili, że musiałam ich przebierać w świeże koszulki). Zaganiane na obiady do domów dzieci zaczęły zawodzić, że nie, absolutnie nie, bo oni muszą się jeszcze nabawić. Z nagłym zainteresowaniem zaczęłam przyglądać się trawie, ale horda była nieubłagana. Nie ma mowy, mówię, wróciliśmy o północy, mam rozbebeszone torby po pokojach, górę prania i pustą lodówkę. Nic nie szkodzi, ciociu, powiada uprzejmie kumpel Stasia, mnie to wcale nie przeszkadza. Ale nie będziecie mieli gdzie się bawić, tłumaczę w panice, bo chłopaki mają całą podłogę zawaloną. A to nic, kontratakuje dzieciak, pójdziemy do dużego pokoju. Okazałam się wszelako nieubłagana i ostatecznie skapitulowała mama kumpla Jasia, wskutek czego do domu wróciliśmy po 20, odmoczyłam jeszcze potworki w wannie (bo kiedy szliśmy na rozpoczęcie roku szkolnego, nieopatrznie zajrzałam Jasiowi do ucha i oj, nie powinnam tego była robić, widać, że dziecko wróciło ze wsi i nawet jedną grządkę przywiozło ze sobą) i mozolnie zagnałam do łóżka, żeby zacząć podpisywać dwie setki absolutnie niezbędnych elementów wyprawki szkolnej. Nawet nie zdążyłam popłakać, że posyłam moje najmłodsze w trzewia Wrażej Edukacji i teraz to już wielkimi krokami nadciąga starość, tyle tego trzeba było opisać. A jeszcze na dodatek Jaś w ramach WF zaczyna tenis i ponoć (ponoć, bo podreptałam do klasy z sześciolatkiem, więc nie zajrzałam do klasy Jasia) mamy mu kupić rakietę tenisową. Kurcze, dobrze, że Wisła taka zapuszczona, bo pewnie by wymyślili zawody sportowe dla szkół niepublicznych i musiałabym mu kupić kajak.

Spędziliśmy na Podkarpaciu bity miesiąc, ogromnie intensywny. I dotąd pisałam, czego się na wakacjach uczyły potworki, ale dzisiaj wyjątkowo napiszę, czego nauczyłam się ja:

1. Moje dzieci są twarde jak bolszewiki. Jeśli trzeba pół miesiąca chodzić w upale w kaloszach, bo w trawie siedzą żmije - chodzą. Jeśli trzeba jechać sześć godzin i docierać na miejsce o pierwszej w nocy - jadą. Jeśli trzeba iść godzinę do sklepu i nieść plecak z zakupami - niosą. Jeśli trzeba kosić i grabić cały dzień, bo w powietrzu wisi deszcz - wywożą siano taczkami i nawet dramatycznie nie narzekają. Jeśli im kromka chleba wpadnie do ogniska, to podniosą, otrzepią i jeszcze się cieszą, że mają Vadera. Nie grymaszą, nie marudzą, nie nudzą się. Jeśli nie mamy dla nich czasu - znajdą sobie zajęcie (na przykład wezmą się za łby). Pomagają i coraz lepiej, co jest szczególnie ważne u Jasia, wyczuwają tę granicę, kiedy jesteśmy w takim stresie, że nie ma sensu negocjować czy się stawiać, tylko trzeba się wziąć do roboty.

2. Dzieci z ZA, szczególnie te małe, są ogromnie bezbronne w kontaktach z innymi dziećmi. Pod koniec wakacji był z nami niemal sześcioletni przyjaciel chłopców z podejrzeniem tej diagnozy, wcześniej był w potworkami na koloniach, tych naszych, sprawdzonych. I wrócił zadowolony, chce tam dalej jechać, ale był na nich najmłodszy, radził sobie różnie i został mocno wyedukowany przez inne dzieci. Nie dogadywał się z nimi szczególnie, co jest odrębnym tematem, natomiast dla mnie porażające było, jak potwornie nauczył się przeklinać i zupełnie nie wyczuwał - mimo setek przysiadów - że nie warto bluźnić przy dorosłych. Moje dzieci to rozumieją, bo zwracaliśmy na to ogromną uwagę ze względu na szkołę, chociaż przyznam, że okiełznanie Jasia było mozolne. Tymczasem ten maluch, ogromnie bystry, ma jakby ślepą plamkę i klnie jak szewc. Najbardziej chyba porażające było dla mnie, jak kiedyś kręcił się przy nas, narzekał, usiłował odciągnąć potworki od plewienia odrastających sumaków (gości nie gonię do prac gospodarskich, ale potworki pomagają, co było mu nie w smak, bo chciał się bawić), aż wreszcie westchnął z rezygnacją i powiedział smutno: "No to spierdalam..." I mnie się wtedy też zrobiło tak potwornie smutno, bo to bardzo fajne i kochane dziecko, wczoraj poszło do zerówki i na pewno nie będzie mu łatwo.

3. Piła elektryczna jest super fajną zabawką. Grabienie ssie, ale piła elektryczna daje poczucie mocy. I jakież miłe rzeczy można sobie wizualizować, kiedy się obala te drzewa.

4. Są rzeczy, które mnie doprowadzają u dzieci do szału i nie mają one nic wspólnego z dysfunkcjami. Jest taki moment wieczorem, kiedy wreszcie dziatwa zostaje zagnana do łóżek i dorośli - znaczy ja - mogą się zająć wyplataniem swoich koszyczków. I o ile podczas dnia mogę być cierpliwa i troskliwa, o tyle wówczas przełączam się w tryb "czas prywatny" i krew mi nabiega do oczu, jeśli trafię na egzemplarz, który akurat ma wieczorny rytuał, polegający na godzinnym ganianiu rodziców wte i wewte, czyli:
- Ciociu, pomóż mi zejść z antresoli, bo muszę jeszcze siku (mój mąż okazał się geniuszem zbrodni i pewnej niedzieli zmajstrował dla dzieci antresolę do spania, na którą się wchodziło po długaśnej i pionowej drabinie).
- Ciociu, ale zapodziałem gdzieś mój bidonik (może i dobrze, przynajmniej za pół godziny nie będziesz znów spełzać na dół, żeby się wysikać).
- Ciociu, poczytaj mi książkę (jasne, jasne, w tym samym pokoju na dole jest właśnie usypiany Twój półtoraroczny braciszek).
- Ciociu, ale ja nie umiem znaleźć wejścia do śpiwora, musisz tu wejść (a jak wejdę, to kark ci skręcę, ty mała cholero, bo mam lęk wysokości i ta drabina się pode mną ugina, i nie zniosę tego po raz trzeci).
- Ciociu, a co ty tam robisz za ścianą? (czytam sobie taką inspirującą książkę "Kat - niegodne rzemiosło", rozdział o torturach)
- Ciociu, a gdzie jest mój pasikonik? (...!!!)
- Ciociu, ja zgubiłem ten mój malutki żołądź, a to był baby żołądź i on na pewno teraz płacze, trzeba go poszukać (i wyje, a zgubił go jeszcze przed obiadem i dwa kilometry stąd, w drodze ze sklepu).
I może to jest jakaś moja prywatna ułomność i wszyscy lubią te wieczorne cyrki, ale jeśli nie, to ja się niniejszym chciałam zapytać: Ludzie, po co to sobie, no i dzieciakowi też, bo przecież on się też męczy, robicie??

5. Trampolina jest warta każdych pieniędzy. Mam takie zdjęcie, kiedy na trampolinie skacze sześciu małych samców, od ośmiu miesięcy do ośmiu lat, testosteron się im przelewa uszami, a wszyscy zadowoleni.

6. Dzieci są nadzwyczaj bystre. Był z nami jeszcze taki niespełna dwulatek, nad wyraz komunikatywny, werbalnie może mniej, ale za to genialny w języku migowym. Podstawowy gest: Jedzenie - więcej. Waga - 15 kg. Walczył o swoje miejsce w hordzie, gryząc pozostałych i to do krwi. Reszta dzieci ogłosiła go Bobasem z Komodo. Nie, nikt nie padł od ugryzienia.

7. Bardzo dużo można zrobić, jeśli się nie ma internetu. Gdyby mi ktoś na początku lipca powiedział, że pod koniec wakacji dzieci będą biegały po posiadłości w klapkach, zaśmiałabym mu się w twarz, ale udało się ją ogarnąć, głównie zresztą dzięki pomocy sąsiada, który, jak się okazało, należy do najbardziej pracowitej rodziny w okolicy i właściwie to on nas, niemrawych mieszczuchów, holował przez kolejne etapy prac. Żmije się wyprowadziły, siedzą teraz za miedzą, u innego sąsiada. Ścięliśmy syczący krzak - i setki innych krzaków, łącznie z tarniną, która ma takie kolce, że przebiła męża but, stopę oczywiście też. Paliliśmy ogniska wielkie jak chałupa. Dzieci zrobiły ze ściętego siana tak wysokie kupy, że potem ryły w nich groty. Oglądały ptasie gniazda i pierwszy raz w życiu zrywały jabłka z dzikich jabłonek (smakowały nawet Bobasowi z Komodo). Łaziły po drzewach i budowały szałasy z gałęzi. Sadziły poziomki. Najogólniej - lato dzikich ludzi.

8. Nasze koty mają zupełnie różne charaktery. Rudykot ma charakter arystokratyczny i spędził wakacje na wsi w trójkącie: materac pod łóżkiem - kuweta - miska, intensywnie kontestując rzeczywistość. Czarnykot wszelako okazał się niestrudzonym odkrywcą. Najśmieszniejsze było, kiedy kot nam uciekł przed deszczem, a kiedy zaczęło lać, wlazł w taki wielki krzaczor, z którego nie dało się go wygarnąć nawet grabiami, i darł się potem przeraźliwie a z pretensją, żeby wyłączyć ten prysznic: nigdy wcześniej nie widziała deszczu. Ganiała za ptakami, właziła na kilkunastoletnie modrzewie. Pełnia szczęścia.

9. Dzieci mają lepiej w gromadzie i warto jechać na wakacje w większej grupie, nawet jeśli oznacza to godzinne usypianie obcego małego paszczaka i gotowanie dla całej gromady.

Poza tym okazało się, że nasz dom był już zamieszkany. Przez nietoperza konkretnie. Trzeba bo było go eksmitować, bo Czarnykot nauczył się biegać po ścianach (ściany sosnowe, dobrze wchodziły pazury) i pomykał w pionie jak wiewiórka, usiłując nietoperza dopaść. A pod tarasem mieszka padalec. Wszędzie mnóstwo zwinek, które, jak empirycznie sprawdziły potworki, wcale tak ochoczo nie odrzucają ogonków.

A ostatniego dnia, kiedy zwijaliśmy tobołki i porządkowaliśmy wszystko, co zwykle oznacza ganianie w amoku i robienie pięciu rzeczy jednocześnie, w desperacji wysłałam potworki z torbami z plastikowymi śmieciami do pojemnika, bo w gminie jest segregacja. Do pojemnika jest jakieś 300 metrów od nas, ale poboczem drogi. Najpierw miał iść sam Jaś, ale nie ociągał i końcu mówi, że się boi, że ktoś go napadnie i porwie. Dobra, mówię, to pójdziesz ze Stasiem. Jak ktoś zaczepi Ciebie, to Staś będzie się darł "Ratunku!", a jak Stasia, to Ty masz wzywać pomocy. I poszli. Nie było ich dobrą chwilę, kiedy usłyszałam, jak jakieś dziecko wrzeszczy "Ratunku!". Nie wyobrażacie sobie, jak zbiegałam z tej naszej górki. Nawet nie sądziłam, że umiem taką prędkość rozwinąć. Okazało się, że krzyczy jakiś dzieciak za rzeką. Nie mój. Wychyliłam się zza drzew i zobaczyłam, jak Jaś i Staś wychodzą zza zakrętu. Szli, trzymając się za ręce, Jaś bliżej drogi, Staś bliżej rowu, jak ich nauczyłam, obaj obdarci, opaleni, z wypłowiałymi od słońca włosami, i śpiewali "Kiedy szliśmy przez Pacyfik..." - więc cofnęłam się, żeby mnie nie zobaczyli i nie pomyśleli sobie, że im nie ufam albo nie wierzyłam, że im się uda. Ale dla mnie ten obraz, jak idą razem poboczem, cali zadowoleni, i śpiewają, jest idealnym podsumowaniem tych wakacji.

Super chłopaki mi rosną.

MamaExpresika

Wsparcie

Posty: 1050


Rejestracja:
16-02-2012 19:29

Dzieci: Expresik 7 lat i 3 mc - prawdopodobnie ADHD (zdania uczonych są podzielone)

Ja: PPP sądzi, że mam ADHD ;)

Post 04-09-2012 14:27

Witaj Auchen. W dziczy się najlepiej wypoczywa, wiem z doświadczenia minionych lat :) Miło się czyta o takich super wakacjach, pełnych przygód i nowych doświadczeń. Na koniec opowieści się nieco wzruszyłam :)
Chłopakom i Tobie życzę udanego roku szkolnego. A za rok podejrzewam, iż nasi Panowie spotkają się na pewnej kolonii :wink:
W każdym z nas tkwi talent ważne by go dostrzec i w niego uwierzyć...
PoprzedniaNastępna

Wróć do Nadzieja, czyli o naszych pociechach pozytywnie



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group.
Designed by Vjacheslav Trushkin for Free Forums/DivisionCore.