Forum     Forum - powrót na pocztek forum Portal - powrót na ADHD.org.pl Office Bogdan Mizerski

Niecne przygody Jasia i Stasia

Moderator: Moderatorzy

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 17-06-2011 20:44

Niecne przygody Jasia i Stasia

Witam wszystkich serdecznie!

Podstępnie i skrycie podczytuję forum już chyba od pół roku. Jako jednostka aspołeczna zupełnie nie mogłam się zebrać do napisania, ale zaczęłam korespondować z Nieszkami o warsztatach w Gdańsku i poczułam się jakoś forumowo nieetycznie. Impulsem była zielona szkoła naszego potomka, ale od początku...

Dziecię ma prawie siedem lat, jest uczniem pierwszej klasy w szkole prywatnej, co jest nie bez znaczenia dla tej historii, i ma ZA stwierdzony przez dr Skotnicką. Ta diagnoza jest stosunkowo świeża, sprzed trzech miesięcy, ale poza tym Jaś jest po kilku latach terapii SI, logopedycznej i jest niezwykle udanym oraz bardzo bystrym cwaniaczkiem, który wyruszył do szkoły jako sześciolatek. Ale niespecjalnie dobrze radzi sobie z panowaniem nad emocjami, nie potrafi godnie przegrywać, jest mało elastyczny i miewa kłopoty z relacjami towarzyskimi z rówieśnikami.
I ten cwaniaczek pojechał na zieloną szkołę, gdzie pierwszego dnia z kasą od rodziców z zapałem ustawił się z kolejce do barku, żeby nabyć coś emocjonująco niezdrowego. Poszedł więc popatrzeć na wszystkie kuszące opcje i dokonać tego brzemiennego w skutki wyboru, a kiedy wrócił, wychowawczyni odesłała go na koniec kolejki. Młody dostał szału. Kasę podarł, a potem zaczął uciekać. Obrażał się i uciekał podczas najbliższych paru dni, kiedy tylko coś szło nie po jego myśli. A ponieważ panie chciały go zachęcić, pokazały mu zdjęcia z poprzedniej zielonej szkoły z następującym skutkiem:
- O – powiada Jaś – tu jest mostek. To ja z niego skoczę i się utopię.

Szkoła się przeraziła i nawet się specjalnie nie dziwię, jako smarkulka jeździłam z dzieciakami na kolonie w roli opiekunki. Jako potencjalny samobójca nasz progenitur otrzymał prywatnego bodyguarda w osobie kierowniczki kolonii, która zabrała go do swojego pokoju na noc, oraz prywatnego niewolnika w osobie innej pani, która chodziła z nim po lesie, kiedy akurat nie miał ochoty uczestniczyć w zajęciach. Na nas oczywiście wszyscy są wściekli – wszak wyhodowaliśmy potworka (a mówiłam, że potworek jest wyżarty na latach terapii i naprawdę sprytny). I tym się trochę martwię, bo młody lubi tę szkołę, a tu jednostki niesubordynowane z prywatnych szkół z łatwością wylatują.

W każdym razie sytuacja była dosyć ponura, bo nie wiedzieliśmy dokładnie, co się dzieje, ale o tym się nie będę rozpisywała, bo pewnie potraficie sobie wyobrazić – zielona szkoła trwała pięć dni, sporo schudłam. W szkole jest nam dobrze, nie mamy ochoty wchodzić z nią w konflikty, chociaż wiem, że wyleciało już z niej kiedyś dziecko z ZA. Podreptałam zatem na konsultacje do dr Skotnickiej, a przy okazji zagadnęłam ją, co sądzi w naszym przypadku o tych gdańskich warsztatach. Odpowiedziała, że dobrze prowadzimy młodego, dzięki czemu on naprawdę fajnie funkcjonuje – i faktycznie, nam takich cyrków nie robi (zresztą ja sobie w ogóle niespecjalnie wyobrażam, że nasz niespełna siedmioletni potworek nie uczestniczy w zajęciach, na TUS-ie też nie ma kłopotów). Nie wyprowadzają nas z równowagi jego wyskoki, może dlatego, że sama byłam upiornym dzieckiem i świetnie znam większość tych numerów, też ich w swoim czasie używałam z powodzeniem. Słowem, nie musimy na nie gnać, bo dajemy radę.

W pierwszej chwili się ucieszyłam, bo jesteśmy tymi wszystkimi terapiami i w ogóle dodatkowymi aktywnościami naszej dziatwy (chłopców jest dwóch, mamy jeszcze pięciolatka) strasznie zmęczeni. Ale dr Skotnicka powiedziała też, że mogliby też młodego przeczołgać na okoliczność przegrywania i uciekania, więc się łamię, zwłaszcza że Gdańsk jest fajny, sporo znajomych, akwarium, park eksperymentów. Jeśli możecie mi coś doradzić, będę bardzo wdzięczna.
Poza tym chciałabym jeszcze napisać, że jest dobrze. Owszem, Jaś jest wymagającym dzieckiem, ale jest też – pomijając, że nasz, wytęskniony i ukochany – niesamowitą przygodą intelektualną.

Aha, o forum dowiedziałam się z Google. I bardzo miło mi Was poznać.

Malwinka

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1526


Rejestracja:
25-09-2008 20:49

Lokalizacja: Wielkopolska

Post 17-06-2011 21:12

Witaj. :D
Miło się czyta Twój post. Tak ciepło i z akceptacją piszesz o swoim synku.

Ja nie zdecydowałam się na szkołę prywatną głównie dlatego, że wiedziałam, że dzieci z dysfunkcjami nie są tolerowane przez płacących i wymagających rodziców.
Pozdrawiam. Malwinka - mama trzynastolatka z ADHD.

nieszki

Awatar użytkownika

Terapeuta

Posty: 4132


Rejestracja:
09-03-2005 20:02

Lokalizacja: Gdańsk

Dzieci: Synowie: 16 lat - ZA z cechami ADHD, 9 lat

Post 17-06-2011 21:33

NO to witaj na forum. Bardzo miło, że napisałaś.
Obrazek
Agnieszka -starszy syn lat 16 - ZA, drugi - lat 9 - takie sobie zwykłe, niezwykłe dziecko.

Józefina

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 701


Rejestracja:
27-01-2010 13:10

Lokalizacja: okolice Warszawy

Dzieci: córka 11 lat ZA i synek 8 lat ZA

Ja: walczę

Post 17-06-2011 21:37

Anchen, witaj wśród swoich! :wink:
I pisz jeszcze, pisz... :)
Edukacja Domowa bardzo pomaga nam żyć :)

matken

Awatar użytkownika

Wiedźma dyplomowana

Posty: 6996


Rejestracja:
22-11-2005 09:50

Lokalizacja: Zabrze

Dzieci: Krzysztof ZA (21,5), Jędrzej nie do końca NT (20), Kacper klon najst. (5 i 3/4)

Ja: tego nie wiadomo

Post 17-06-2011 21:37

Witaj :D
Stowarzyszenie Akceptacja Gliwice
Klub Rodziców Autyzm HELP Fundacji JiM

smoczydlo

Awatar użytkownika

Forumoholik

Posty: 2637


Rejestracja:
14-02-2007 18:02

Lokalizacja: Łuków, woj. lubelskie

Post 17-06-2011 21:56

Witaj Anchen :).
Człowiek jest wielki,
nie przez to, co ma, lecz przez to kim jest,
nie przez to co posiada, lecz przez to, czym dzieli się z innymi.

maciej

Awatar użytkownika

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 2715


Rejestracja:
09-01-2008 17:16

Lokalizacja: Inowrocław

Post 18-06-2011 12:41

Witaj. :)
Michał 18 lat ADHD

regina

Wsparcie

Posty: 608


Rejestracja:
14-06-2009 23:02

Post 18-06-2011 13:02

Witaj Anchen! Dobrze się Ciebie czyta :)

Beata

Awatar użytkownika

Terapeuta

Posty: 5001


Rejestracja:
08-06-2006 07:21

Lokalizacja: Warszawa

Post 18-06-2011 19:12

Witaj Anchen :).
Miło się czyta o tym, że tak małe dziecko, ma już za sobą taką solidna dawkę terapii.
Zapewne właśnie to sprawiło, że funkcjonuje dobrze, a i Wy jesteście spokojniejsi, bo umiecie sobie radzić z trudnościami. Jest dużo ciepła w tym jak piszesz o swoim synu. :)

Anchen pisze: Ale niespecjalnie dobrze radzi sobie z panowaniem nad emocjami, nie potrafi godnie przegrywać, jest mało elastyczny i miewa kłopoty z relacjami towarzyskimi z rówieśnikami.

Dziecko rośnie i rozwija się. Na każdym etapie swojego rozwoju ma trochę inne potrzeby. Dlatego bardzo ważna, szczególnie u naszych dzieci, jest czujność i obserwacja.
Relacje rówieśnicze zawsze będą trudne. Taki deficyt. Dlatego raczej wahałabym się przed stwierdzeniem, że wystarczy już wszelkich terapii.:)

Anchen pisze:W pierwszej chwili się ucieszyłam, bo jesteśmy tymi wszystkimi terapiami i w ogóle dodatkowymi aktywnościami naszej dziatwy (chłopców jest dwóch, mamy jeszcze pięciolatka) strasznie zmęczeni. Ale dr Skotnicka powiedziała też, że mogliby też młodego przeczołgać na okoliczność przegrywania i uciekania, więc się łamię, zwłaszcza że Gdańsk jest fajny, sporo znajomych, akwarium, park eksperymentów. Jeśli możecie mi coś doradzić, będę bardzo wdzięczna.

Tutaj właśnie sama wskazujesz na to, że nadal warto pracować, bo jest nad czym.
Startujecie z wyższego pułapu, bo dziecko nie ma już większości trudności, z którymi borykają się jego rówieśnicy ze zdiagnozowanym ZA. Jednak nadal jakieś ma. Dlaczego nad nimi nie popracować?
Jest trudność, jest szansa na jej pokonanie, ja doradzałabym pracę.
Warto nauczyć go już teraz w jaki sposób ma sobie radzić z porażkami, by uniknąć sytuacji, gdy będzie poszukiwał tych rozwiązań samodzielnie, niekoniecznie zgodnie z waszymi oczekiwaniami. ;)

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 19-06-2011 09:13

Relacje rówieśnicze zawsze będą trudne. Taki deficyt. Dlatego raczej wahałabym się przed stwierdzeniem, że wystarczy już wszelkich terapii.:)


Myślę, że trochę opacznie mnie zrozumiałaś. Jaś chodzi i nadal będzie chodził na TUS, a my na spotkania z dr. Skotnicką, która uznała, że na razie bardziej kluczowe są rozmowy z nami, Jaś będzie w nie włączany stopniowo. Kontynuowane będą również sporty, które - znów w porozumieniu z terapeutami - zastąpiły terapię SI oraz praca z logopedą. Nasza wątpliwość dotyczyła wyłącznie warsztatów, ale uspokoję Cię, ostatecznie zdecydowaliśmy się wybrać, bo relacje społeczne malucha faktycznie szwankują, poza tym jestem w stanie zmienić te warsztaty w fantastyczną przygodę - po prawdzie już przebicie się z dwójką dzieci bez samochodu z Rymanowa Zdroju do Trójmiasta będzie przygodą i w tej chwili nawet nie chcę o tym myśleć.

Ale to nie jest zupełnie bezkosztowe, przy czym nie chodzi o moją wygodę. Będziemy musieli skrócić wakacje z ukochanym kolegą chłopców, na który wszyscy się bardzo cieszyli.

Wydaje mi się, że mieliśmy mnóstwo szczęścia, bo trafialiśmy wcześnie na świetnych, kompetentnych fachowców. Trafiliśmy do fantastycznej pediatry, która wysłała nas do rewelacyjnej neurolog, a ta skierowała na rehabilitację, zanim Jaś skończył trzeci miesiąc. Terapeutka była świetna i uczyła nas zmieniać normalne czynności pielęgnacyjne w terapię i ćwiczenia. Pierwsze przedszkole okazało się koszmarem, młody został obsadzony w roli agresora i wioskowego głupka, ale zabraliśmy go stamtąd szybko i drugie przedszkole było cudowne, a jego wychowawczyni powinna stać w Sevres jako wzorzec nauczyciela idealnego - po prostu mistrzostwo świata, bo grupa była niezwykle problemowa. Pierwszą diagnozę psychologiczną zrobiliśmy u prof. Jagody Cieszyńskiej (współtworzyła tzw. metodę krakowską), kiedy Jaś miał trzy lata - nie dopatrzyła się niczego niepokojącego, oprócz przetwarzania mowy lewą półkulą, więc zaczęliśmy robić w domu rozmaite ćwiczenia usprawniające. Na wszelki wypadek zrobiliśmy jeszcze drugą diagnozę, która wykazała duże zaburzenia SI, więc zaczęliśmy terapię, w momencie największego natężenia to były cztery godziny tygodniowo. Oprócz tego logopeda, basen, aikido od czwartego roku życia (znów szczęście - świetna trenerka w przedszkolu), taniec (niesamowity pan w przedszkolu), ceramika, filharmonia od trzeciego roku życia (dla przyjemności, bo lubimy muzykę klasyczną, ale zdaje się, że mimochodem rozprawiliśmy się z nadwrażliwością słuchową), nieregularnie konie.

Nie rozpisuję się, żeby udowodnić, że jestem Matką Roku, bo czytam to forum od dawna, znam wiele Waszych historii i zdaję sobie sprawę, że są sytuacje nieporównywalnie trudniejsze od naszej. Natomiast w pewnym momencie tych wszystkich terapii i zajęć dodatkowych zaczęliśmy czuć, że dominują nad naszym życiem. Nie macie też czasami takiego wrażenia? Szkoła jest dosyć obciążająca, więc wolnego czasu pozostaje niewiele, a dzieci potrzebują też czasu, żeby się bezmyślnie potarzać po trawie. Chłopcy mają gromadkę przyjaciół, z którymi bawią się mieczami świetlnymi, jeżdżą na rowerach i ganiają po krzakach. Spędzają wspólnie każdy piątek po judo, które jest okazją do spotkania grupki chłopców z dawnego przedszkola: idziemy wspólnie do piekarni, potem bawimy się na podwórkach albo u kogoś w domu. Znów mieliśmy szczęście, bo te dzieci mają bardzo fajnych rodziców, którzy wiedzą o ZA i jakoś nie obawiają się, że się rozprzestrzeni drogą kropelkową. Bardzo staramy się te zabawy chronić, bo te relacje są niezwykle ważne, są mikroskopijną grupą wsparcia na okoliczność rozmaitych szkolnych i nie tylko niepowodzeń. I każdą kolejną godzinę nawet bardzo użytecznej terapii rozpatruję też po tym kątem. Ale gdańskie warsztaty wygrały - tyle że po namyśle.

Rozpisałam się, a tymczasem potworek wsiąkł w "Wynalazek Hugona Cabreta". Siedzi i sam czyta swoją pierwszą książkę. I wiecie, to też jest takie zupełnie niesamowite wrażenie, kiedy dziecko robi samodzielnie ten pierwszy krok ku wielkiej Bibliotece Babel. A teraz muszę go wziąć za łeb i zagonić do wykonania wielkoformatowej pracy plastycznej pt. Dlaczego warto żyć. Będzie miała dwanaście części, bo tyle wymyślił powodów, i w poniedziałek zostanie wręczona jako przeprosiny pani, którą straszył, że skoczy z mostku i się utopi (dobrze pływa, gadzina, więc najwyżej kark by sobie skręcił!). Mam nadzieję, że na jakiś czas zrezygnuje z takich pogróżek :)

Dosia

Awatar użytkownika

Rodzic i nauczyciel

Posty: 11855


Rejestracja:
11-05-2006 02:24

Dzieci: Marcin 23 lata, Piotr 31 lat

Post 20-06-2011 21:19

Aaale MAMA :OK: . Normalnie Mama Roku i do tego tak cudownie się Ciebie czyta. I Ty pozostawałaś w ukryciu przez całe pół roku :o ? W każdym razie witam gorąco!

Anchen pisze: Na nas oczywiście wszyscy są wściekli (...) I tym się trochę martwię, bo młody lubi tę szkołę, a tu jednostki niesubordynowane z prywatnych szkół z łatwością wylatują.
Mam nadzieję, że martwisz się trochę na zapas. Bo jak wyglądał cały rok szkolny przed Zieloną Szkołą? Skoro niewiele o tym piszesz, to chyba nie było źle, a jeśli tak, to myślę, że raczej nie będą chcieli go wyrzucić. Dla szkoły prywatnej każdy uczeń to jednak pieniądz. I większość dyrektorów szkół prywatnych pamięta, że uczniowie "trudni" to czasami pół, a czasami cała klasa, że gdyby tacy nie byli, to rodzicom nie chciałoby się co miesiąc słono płacić za szkołę.

No i przy takiej postawie rodziców, którzy współpracują i pracują, dzieci też się raczej nie wyrzuca, bo wiadomo, że z każdym dniem będzie lepiej :OK: . Proponowałaś, że w razie czego pojedziesz na następną zieloną szkołę?
Moi synowie są już dorośli, obaj po maturze i obaj usamodzielnieni. :OK:

Przekonałam się, że ani ADHD ani ZA nie jest wyrokiem i staram się szerzyć wiedzę o tym, jak pomóc dzieciom, chociaż uważam, że największe, najpełniejsze i najbardziej wartościowe źródło tej wiedzy znajduje się właśnie tutaj, na tym forum.

dosia.eu - mój blog o wychowaniu

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 21-06-2011 10:07

Dla szkoły prywatnej każdy uczeń to jednak pieniądz. I większość dyrektorów szkół prywatnych pamięta, że uczniowie "trudni" to czasami pół, a czasami cała klasa, że gdyby tacy nie byli, to rodzicom nie chciałoby się co miesiąc słono płacić za szkołę.


Wydaje mi się, że to tak działa tylko do pewnego stopnia. Wybranie podstawówki dla młodego zajęło mi chyba więcej czasu niż wybranie własnych studiów. Wtedy wiedziałam tylko o zaburzeniach SI i nie uwierzysz, w ilu miejscach na pytanie, jak pracują z dziećmi z obniżonym napięciem mięśniowym, usłyszałam, że takich nie mają. A nie mają - i to już nie są wyznania z sekretariatów prywatnych szkół, tylko mój domysł acz nieźle podparty obserwacją - ponieważ tzw. badanie gotowości szkolnej to w wielu szkołach trzystopniowy egzamin. Chętnych dzieci jest bardzo dużo, więc szkoły uprawiają selekcję pełną gębą nie tylko podczas egzaminów, ale również w trakcie roku szkolnego. I to nie są gołosłowne enuncjacje, sześcioipółletnie dziecko z naszej rodziny właśnie wyleciało z prywatnej szkoły, co byłoby fajną anegdotą rodzinną, gdyby nie dorobiło się fobii szkolnej. Maluch ma najprawdopodobniej ADD i jest niewiarygodnie bystry, ale faktycznie trudny. A na jego miejsce jest kilkoro może nieco mniej bystrych, ale znacznie łatwiejszych w prowadzeniu dzieci. Zresztą czytałam tutaj tuziny podobnych historii, nie ma się nad czym rozwodzić.

Proponowałaś, że w razie czego pojedziesz na następną zieloną szkołę?


Jeśli będzie trzeba, to pojadę, ale nie jestem pewna, czy to dobre rozwiązanie. Muszę raczej wypracować wspólnie ze szkołą jakiś system konsekwencji, który pomoże nauczycielom, a przez to Jasiowi, bo my nie mamy kłopotu z posłuszeństwem.

Wcześniej bywało różnie, ale ogólnie raczej dobrze i mam poczucie, że idziemy do przodu. I lubię tę szkołę, podobnie jak nauczycieli - sądzę, że oni to wiedzą, co mocno pomaga we współpracy. Czasami tylko się dziwię, że takie dosyć proste sytuacje urastają do potwornych problemów i stare harcerskie sposoby poszły w niepamięć. Delikwent, który nie chce uczestniczyć w zajęciach, szedł w starych, paskudnych czasach do kuchni, bo zawsze da się znaleźć jakąś tak ponurą alternatywę, że normalne zajęcia stają się nagle nader atrakcyjne. Dziwię się więc, że czasami nauczyciele nie reagują, kiedy dziecko stawia na swoim. Nie wiem, z czego to wynika.

Swoją drogą, zabawnie obserwuje się, jak nasze starsze trenuje nasze własne chwyty na młodszym i wygłasza teksty:
- Staszek, pozbieraj klocki, tylko Ty potrafisz wszystkie znaleźć.
albo:
- Staszek, co wolisz, pobawić się w Wojny Klonów czy wyładować pranie?

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 01-08-2011 08:18

Boso, ale w ostrogach

Potworki wróciły w sobotę z kolonii, całe szczęśliwe. Zapytane, czy w przyszłym roku też jadą, popatrzyły na mnie jak na głąba i oznajmiły, że oczywiście. Pani, która prowadzi kolonie powiedziała nam, że mamy bardzo fajne dzieci, a problemy nie wykraczały poza zwyczajne sytuacje z maluchami. No, ale pani jest mistrzem świata spokoju, konsekwencji i cierpliwości, taki pedagog z ogromnym doświadczeniem i wielką miłością do dziatwy.

A teraz czego Jaś się nauczył:
- jeździć na rowerze po leśnych drogach, co dla dziecka z zaburzeniami SI i słabym napięciem mięśniowym jest fantastycznym osiągnięciem; wprawdzie obrażał się, że jeździ za wolno i raz nawet rzucił rowerem oraz skopał wroga, ale potem nadal chciał jeździć, więc teraz zabieramy rowery w góry
- nie histeryzować, kiedy zostanie zbity w zbijaka, bo wcześniej nastręczało to ogromnych problemów; teraz mężnie staje po stronie matki (matką na razie być nie chce) i łapie piłkę
- bawić się z innymi dziećmi, bo w zeszłym roku trzymał się raczej sam, a w tym jego wychowawczyni powiedziała, że się mocno zmienił (w zeszłym roku również tam była) i przyłącza się do innych zabaw; kiedy się żegnał, z własnej inicjatywy powiedział jednemu chłopcu, że fantastycznie się z nim bawił
- mówić brzydkie wyrazy i prowokować nimi dorosłych (hm, myślę, że newralgiczny wyraz poznał podczas Lata w Mieście), ale nie poćwierkał nadmiernie, bo panie za każdy brzydki wyraz kazały robić po 10 przysiadów
- śpiewać paskudne przyśpiewki
- kłamać: dotąd, kiedy zapytałam o coś krępującego, moje dziecię szczerze odpowiadało, a teraz kręci i na pytanie: "a z kim się biłeś?" albo "a o co poszło?" odpowiada: "a nie pamiętam" albo "to nie jest ważne", albo coś równie absurdalnego - może nie powinnam być zadowolona, ale kłamstwo jest w sumie cenną umiejętnością społeczną, czyż nie?
- poznał rozkosze gier przenośnych (po co ludzie dają takie rzeczy dzieciom na kolonie w lesie, to ja rozumem nie ogarniam) oraz gier na komórkę i czyni teraz ogromne zabiegi, żeby je dostać w prezencie
- dowiedział się, że kradzież nie popłaca, albowiem podkradał ciasteczka sąsiadowi i wyobraźcie sobie, synkowi mojej najlepszej przyjaciółki. Kradzież została zaplanowana z premedytacją, ponieważ czaił się na moment, kiedy kolegi nie będzie, jako że, według słów Jasia, "on to taki najbardziej agresywny był" (pewnie by przylał, jakby się dowiedział o zuchwałej kradzieży). "Ale tym się mamo nie martw, oznajmił Jaś, bo ja już o tym wszystkim rozmawiałem z panią wychowawczynią i zostało przepracowane, i wiem, że jeśli będę głodny, to powinienem poprosić, a nie kraść"
- utrzymywać modelowy porządek na łóżku, bo za porządek na łóżku były punkty, a mały lubi wygrywać - "i wiesz, czasami nawet dostawałem dziesiątkę!"
- zbierać jagody oraz, wnioskując z różnorodności plam na przyodziewku, wszelkie leśne badziewie
- pomagać innym: córka mojej przyjaciółki jest dwujęzyczna, więc nie radziła sobie w zgadywankach i kiedy zaczynała płakać (ma pięć lat), młody jej pomagał, żeby nie przegrywała (biedaczek sam nie nienawidzi, więc pewnie łatwo mu się było wczuć).

Poza tym trzymali się z młodszym, bili się strasznie i rywalizowali, ale też stawali w swojej obronie. Nie zakochał się i od dziewczyn nadal hardo stroni, ale bawił się z córą przyjaciółki, że jest jego ukochaną ("ale to tylko na niby, mamo!") oraz innymi dziećmi w rodzinę, a nie tylko w jakieś parszywe molekuły czy fitoplankton!. Mały też odgryzał się dzielnie, całą buzię miał podrapaną i to bynajmniej nie z powodu komarów, podobno przez syna mojej przyjaciółki, siedmiolatka (tego ciasteczkowego potwora) - "ale ja też go biłem", oznajmił z dumą pięciolatek. Kiedy przyjechaliśmy po potworki, nikt się nie kwapił do opuszczenia lokalu. Słowem, wróciliśmy w nastroju euforycznym, a ja z tego szczęścia zawlokłam bezbronnego męża na targ i teraz cały dom pachnie dżemem morelowym, pieczoną papryką, śliwkami z zalewie: po prostu radość mnie rozpiera. Wczoraj rano dzieci wstały i pognały się bawić, a Jaś tak pięknie negocjował z młodszym, że aż trudno uwierzyć. A wieczorem przyrządzaliśmy z Jasiem słoiki z pieczoną papryką i serem fetą, ucierał czosnek z solą kamienną, tłukł w moździerzu pieprz, układał, zalewał oliwą i robił własne ziołowe kompozycje - i dopominał się, żeby jeszcze pogotować, bo na koloniach nie wpuszczają ich do kuchni, a on bardzo lubi. Młodszy niestety nie gotował, jako że wrócił bez butów pełnych (widać jakaś tradycja rodzinna, Jaś swoje zostawił na zielonej szkole) i musiał z mężem wyruszyć na quest, bo potrzebne nam na resztę wakacji, a wyjeżdżamy dziś w nocy. Poza tym Jaś bardzo się ucieszył z poprawy naszej sytuacji finansowej - "skoro kupiliście kotom domek (taki monstrualny drapak do sufitu, bo te koty są jakieś felerne, nie skaczą, tylko się wspinają jak wiewiórki po meblach, a meble sosnowe, więc szafa się powoli zmieniała w drapak) i rower dla taty, to chyba macie więcej pieniędzy, co?" - objechali na rowerach osiedle i zmokli sakramencko, spotkali się z najlepszym kumplem, który też szczęśliwie wrócił na dwa dni do W-wy, byli z nim w kinie i są pełni energii. O, jeszcze tym się pochwalę: koledzy chłopaków świetnie pamiętali, kiedy wracają z kolonii i wczoraj rozdzwoniły się telefony z propozycjami spotkań, dzisiaj też będę musiała jakoś wygospodarować chwilkę.

Zastanawiałam się nad tym brakiem ciągłości fabularnej i dlatego dopisałam się w wątku, gdzie zaczęłam streszczać przygody Jasia, ale jeśli jeszcze trochę popiszę, temat stanie się nieaktualny. Czy istnieje jakiś sposób, żeby go zmienić?

Żona Dreptaka

Wsparcie

Posty: 6424


Rejestracja:
14-03-2005 21:39

Post 01-08-2011 09:00

Anchen,
jak ja lubie czytać Twoje posty :)
Opis kolonii - pierwsza klasa!

Anchen pisze:Pani, która prowadzi kolonie powiedziała nam, że mamy bardzo fajne dzieci, a problemy nie wykraczały poza zwyczajne sytuacje z maluchami. No, ale pani jest mistrzem świata spokoju, konsekwencji i cierpliwości, taki pedagog z ogromnym doświadczeniem i wielką miłością do dziatwy.
Może wrzuć gdzieś w dziale "Wypoczynek" info o tej pani i tych koloniach.
Mistrzowie świata spokoju, konsekwencji i cierpliwości nieczęsto się zdarzają.

Anchen pisze:Zastanawiałam się nad tym brakiem ciągłości fabularnej i dlatego dopisałam się w wątku, gdzie zaczęłam streszczać przygody Jasia, ale jeśli jeszcze trochę popiszę, temat stanie się nieaktualny. Czy istnieje jakiś sposób, żeby go zmienić?
A na jaki?

regina

Wsparcie

Posty: 608


Rejestracja:
14-06-2009 23:02

Post 01-08-2011 12:28

Żona Dreptaka pisze:Może wrzuć gdzieś w dziale "Wypoczynek" info o tej pani i tych koloniach.
Mistrzowie świata spokoju, konsekwencji i cierpliwości nieczęsto się zdarzają.


O tak. Zastanawiałam się czy prosić o bliższe informacje na forum czy na priv.
Anchen, masz super dzieciaki. Świetnie, że mogą jeździć razem na kolonie, pewnie im łatwiej.

Józefina

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 701


Rejestracja:
27-01-2010 13:10

Lokalizacja: okolice Warszawy

Dzieci: córka 11 lat ZA i synek 8 lat ZA

Ja: walczę

Post 01-08-2011 14:48

Bardzo cieszę się razem z Tobą! Świetne wieści! :)
Edukacja Domowa bardzo pomaga nam żyć :)

Dosia

Awatar użytkownika

Rodzic i nauczyciel

Posty: 11855


Rejestracja:
11-05-2006 02:24

Dzieci: Marcin 23 lata, Piotr 31 lat

Post 01-08-2011 15:11

Do odpowiedzi typu "a nie pamiętam" albo "to nie jest ważne" warto byłoby się przyzwyczaić i nie nazywać je, przynajmniej przy dziecku, kłamstwem tylko delikatniej: odmową odpowiedzi. Bo im dzieci starsze, tym tego typu wypowiedzi będą prawdopodobnie częstsze, a jak wtedy zareagujesz na prawdziwe kłamstwo typu: "to nie ja popsułem pilota", skoro dotąd tolerowałaś "kłamstwa"?

Ja też uwielbiam czytać Twoje historie, Anchen :OK: . Świetne masz dzieciaki i podoba mi się bardzo Twoje podejście do ich osiągnięć :D . Z każdego Twojego słowa o dzieciach bije mocna, ale rozsądna matczyna miłość.
Moi synowie są już dorośli, obaj po maturze i obaj usamodzielnieni. :OK:

Przekonałam się, że ani ADHD ani ZA nie jest wyrokiem i staram się szerzyć wiedzę o tym, jak pomóc dzieciom, chociaż uważam, że największe, najpełniejsze i najbardziej wartościowe źródło tej wiedzy znajduje się właśnie tutaj, na tym forum.

dosia.eu - mój blog o wychowaniu

Beata

Awatar użytkownika

Terapeuta

Posty: 5001


Rejestracja:
08-06-2006 07:21

Lokalizacja: Warszawa

Post 02-08-2011 08:01

Anchen pisze:A teraz czego Jaś się nauczył:
- jeździć na rowerze po leśnych drogach, co dla dziecka z zaburzeniami SI i słabym napięciem mięśniowym jest fantastycznym osiągnięciem; wprawdzie obrażał się, że jeździ za wolno i raz nawet rzucił rowerem oraz skopał wroga, ale potem nadal chciał jeździć, więc teraz zabieramy rowery w góry
- nie histeryzować, kiedy zostanie zbity w zbijaka, bo wcześniej nastręczało to ogromnych problemów; teraz mężnie staje po stronie matki (matką na razie być nie chce) i łapie piłkę
- bawić się z innymi dziećmi, bo w zeszłym roku trzymał się raczej sam, a w tym jego wychowawczyni powiedziała, że się mocno zmienił (w zeszłym roku również tam była) i przyłącza się do innych zabaw; kiedy się żegnał, z własnej inicjatywy powiedział jednemu chłopcu, że fantastycznie się z nim bawił
- mówić brzydkie wyrazy i prowokować nimi dorosłych (hm, myślę, że newralgiczny wyraz poznał podczas Lata w Mieście), ale nie poćwierkał nadmiernie, bo panie za każdy brzydki wyraz kazały robić po 10 przysiadów
- śpiewać paskudne przyśpiewki
- kłamać: dotąd, kiedy zapytałam o coś krępującego, moje dziecię szczerze odpowiadało, a teraz kręci i na pytanie: "a z kim się biłeś?" albo "a o co poszło?" odpowiada: "a nie pamiętam" albo "to nie jest ważne", albo coś równie absurdalnego - może nie powinnam być zadowolona, ale kłamstwo jest w sumie cenną umiejętnością społeczną, czyż nie?
- poznał rozkosze gier przenośnych (po co ludzie dają takie rzeczy dzieciom na kolonie w lesie, to ja rozumem nie ogarniam) oraz gier na komórkę i czyni teraz ogromne zabiegi, żeby je dostać w prezencie
- dowiedział się, że kradzież nie popłaca, albowiem podkradał ciasteczka sąsiadowi i wyobraźcie sobie, synkowi mojej najlepszej przyjaciółki. Kradzież została zaplanowana z premedytacją, ponieważ czaił się na moment, kiedy kolegi nie będzie, jako że, według słów Jasia, "on to taki najbardziej agresywny był" (pewnie by przylał, jakby się dowiedział o zuchwałej kradzieży). "Ale tym się mamo nie martw, oznajmił Jaś, bo ja już o tym wszystkim rozmawiałem z panią wychowawczynią i zostało przepracowane, i wiem, że jeśli będę głodny, to powinienem poprosić, a nie kraść"
- utrzymywać modelowy porządek na łóżku, bo za porządek na łóżku były punkty, a mały lubi wygrywać - "i wiesz, czasami nawet dostawałem dziesiątkę!"
- zbierać jagody oraz, wnioskując z różnorodności plam na przyodziewku, wszelkie leśne badziewie
- pomagać innym: córka mojej przyjaciółki jest dwujęzyczna, więc nie radziła sobie w zgadywankach i kiedy zaczynała płakać (ma pięć lat), młody jej pomagał, żeby nie przegrywała (biedaczek sam nie nienawidzi, więc pewnie łatwo mu się było wczuć).



Anchen, to wszystko doskonale nadaje się do zgłoszenia na konkurs - Osiągniecie sierpnia.

Co Ty na to?
:)

gaja7

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 609


Rejestracja:
23-10-2008 22:36

Lokalizacja: Katowice

Post 02-08-2011 21:23

Nie dziwię się euforii. Dziecka się cudownie socjalizują. Unikanie odpowiedzi, zaplanowane podkradanie ciastek i przyznanie się do zbrodni... Nic tylko pozazdrościć. No ale to wszystko Mama musi do dziecka "zapakować", żeby samo wyszło w odpowiednim momencie :jestes_wielki: .
Ja, matka szukająca, Gustaw 1996 niezdiagnozowany AS, Gaweł 2004 AS+ADHD, Gosław 2007 póki co naśladowca Tajfuna

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 03-08-2011 21:27

Z górki na pazurki!

Wybaczcie, jeśli będzie to bardzo nieskładny list, ale potworki zmusiły nas do przejechania 14 (słownie: czternastu) km na rowerach i moje nadgarstki, których coś podobnego od dawna nie spotkało, odmawiają dłuższej współpracy. Ale po kolei:

Anchen, to wszystko doskonale nadaje się do zgłoszenia na konkurs - Osiągniecie sierpnia.
Co Ty na to? :)


Świetny pomysł, przewertuję ten wątek jutro i postaram się dopisać. Dzisiaj jestem w locie koszącym do łóżka.

Do odpowiedzi typu "a nie pamiętam" albo "to nie jest ważne" warto byłoby się przyzwyczaić i nie nazywać je, przynajmniej przy dziecku, kłamstwem tylko delikatniej: odmową odpowiedzi. /quote]

Między sobą nazywamy je z mężem "miękkim kłamstwem", bo młody oczywiście świetnie pamięta. Bezpośrednią odmowę odpowiedzi zresztą też stosuje, np. "nie będziemy teraz o tym rozmawiać". Właściwie nie robimy z powodu uników problemów, jeśli nie dotyczą rzeczy, które musimy wiedzieć. Jaś rośnie, coraz więcej rzeczy będzie chciał zachowywać dla siebie. Z bratem też miewają tajemnice, taka karma. Muszą dorosnąć.
Ale młodszy przez całe cztery dni utrzymał przed Jasiem w tajemnicy, że mamy dla niego wędkę :)

A na jaki [tytuł chciałabym zmienić obecny]?

Może "Niecne przygody Jasia i Stasia" - ma należycie sowizdrzalski posmak, a nie chcę pisać bardzo serio.

Do działu o wakacjach zaraz dopiszę namiary.

A teraz o jeżdżeniu po górkach, całkiem malutkich zresztą. Wczoraj bohatersko przyjechaliśmy do naszego cudnego domeczku, latem w Rymanowie Zdroju jest chyba jeszcze ładniej niż zimą, a nasi gospodarze są po prostu niezwykli. Przyjechaliśmy zmęczeni straszliwie, bo u mnie się objawiła jakaś straszliwa dysfuncja intelektualna i tuż przed podróżą nakupiłam kwiatów do dżungli balkonowej, a mąż dyplomatycznie milczał na targu, chociaż podobno myślał swoje. Wskutek nagannej zachłanności do trzeciej nad ranem przesadzałam, a rano leżałam jak pies Pluto i wyjechaliśmy później niż zaplanowaliśmy (mam za to piękny balkon, co zobaczę, bagatela, już za miesiąc :) ). Potem tradycyjnie zgubiliśmy się w Radomiu, co wprawiło nas w dużą radość, bo zawsze się tam gubimy, a następnie w kluczowym momencie nawigacja (czyli ja - elektronicznej nie używamy, bo to niesportowe) usnęła, więc przejechaliśmy zjazd i zabłąkaliśmy się do Sandomierza, który jednakowoż nie był zalany i w ogóle piękne miasto. Kierowca był nieco załamany, że przejechał zjazd, ale cała ekipa pocieszała go zgodnie, że nie ma takiej możliwości, żeby go przejechał, na pewno zdjęto kierunkowskazy na most na Wiście, co chyba nawet okazało się prawdą, bo według późniejszych znaków most był faktycznie zamknięty. Żeby wszystkim było weselej, dzieci przygrywały nam na organkach, póki ich nie spacyfikowaliśmy audiobookiem Andersena, który w tym nowym tłumaczeniu ma podkręcony wydźwięk satyryczny i momentami wcale nie przypomina bajek dla dzieci, więc oczywiście one go uwielbiają, choć chyba nie rozumieją, bo garnek liberał jest nieco zbyt abstrakcyjny dla siedmio- i pięciolatka, w każdym razie mam taką nadzieję...

Słowem, siedem godzin podróży minęło nam jak z bicza strzelił. Na powitanie zepsuliśmy lodówkę, serio, serio, podłączyłam ją do gniazdka, a ona zaczęła dymić z trzewi. Potem przez piętnaście minut przepraszaliśmy się z gospodarzami: oni nas, że lodówka zepsuta, my ich, że takie psuje jesteśmy. Pierogi w zaprzyjaźnionej knajpie okazały się równie dobre jak zimą, w naszym domku mieszka jeszcze trzech chłopców w stosownym wieku, więc kiedy tylko spadł deszcz, nastąpiła honorowa wspólna kąpiel w błocie, a następnie porwaliśmy nasze - bardzo brudne! - potworki na krótką przebieżkę po parku zdrojowym. A po deszczu ze stawu wygramoliła się cała masa małych żabek, które potworki z rozkoszą łapały i przenosiły z kałuży do kałuży, a jedna żaba miała nawet jeszcze ogonek (i właśnie żaba z ogonkiem została narysowana w pamiętniku, który chłopcy prowadzą, starszy opisuje, a rysują na spółkę). Do domu wracały nieomal na czworakach, ale jeszcze poczytaliśmy nowe książki. Jest taka malutka krakowska oficyna Bona, które wydaje serię książeczek o tacie, napisanych z tak łajdackim poczuciem humoru, że nie może im się nie podobać. Jaś powiedział swojemu tacie, że przypomina tego z książki, bo też jest pomysłowy i strasznie fajny, ale w kontekście tekstu nie jesteśmy pewni, czy to komplement :)

Wczoraj udało nam się wyłgać z tej wycieczki rowerowej, ale dzisiaj od rana wśród potworków pełna mobilizacja. No to pojechaliśmy. Na szczęście boczne drogi są tutaj mało uczęszczane, bo Jasiowi jeszcze momentami tańczy kierownica. Miała być krótka przejażdżka, ale dotarliśmy na plac zabaw w Rymanowie, jakie 4 km od domku. Stamtąd maluchy koniecznie chciały się wybrać do sklepu myśliwskiego. W sklepie myśliwskim nie było wędek oraz oporządzenia do nich, ale pan nam powiedział, gdzie można nabyć wędkarski (ludzie są tutaj ogromnie mili). Nabyliśmy, a pan powiedział nam, gdzie nieopodal są stawy, gdzie można sobie połowić. "Hej, to zróbmy rekonesans!' - poprosił Jaś. No dobra, kolejne 3 km. Pochodziliśmy nad stawami, pooglądaliśmy kaczki oraz wędkarzy (jakby ktoś miał wątpliwości, moje doświadczenie wędkarskie sprowadza się do robaków, które kopałam z wujkiem, kiedy miałam lat pięć, a mąż chyba nawet takiego nie ma, ale Jaś od dawna o tym łowieniu gadał, więc postanowiliśmy dać rybom szansę), umówiliśmy się na jutro. Kiedy wsiadaliśmy na rowery, pod młodszym, czyli pięciolatkiem, nogi rozjeżdżały się jak pod świeżo urodzoną kaczuszką, ale dał się przekonać i jakoś na dopingu dociągnął do placu zabaw. "Muszę odpocząć" - wysapał, a następnie razem z Jasiem przygruchali sobie natychmiast dwóch kumpli i przez 45 min. ganiali jak chomiki w kołowrotku, ale w takiej komitywie z tymi chłopcami, że się z ich babcią wymieniłam numerami telefonów. I wiecie, co jest najdziwniejsze? Chyba faktycznie odpoczęli, bo dojechali bez problemów i marudzeń. Pochłonęli następne porcje pierogów, pognali do miasta po prowiant, bo jutro ryby, trzeba zadbać o aprowizację, przedreptali jeszcze do lasu do stanowisk traszek i salamander, które roztropnie siedziały w krzakach czy innej pałce wodnej. "Ale to nic, powiedziały potworki, musimy tu przyjechać, jak będzie ciemno, możemy wziąć śniadanie." Jestem w euforii, chyba trzeba będzie wstać o czwartej.

Oczywiście są też gorsze momenty. Jaś wlazł jakimś dziewczynkom w zabawę, bo chciał zobaczyć, z czego jest piłka na gumce, którą się bawiły, o nic nie zapytał, tylko wpakował im się w tę gumkę, człap, człap - jak tyranozaur. Nadal śpiewa plugawe przeróbki kolonijnych piosenek. Jeśli coś go zainteresuje, daje susa w bok bez żadnego ostrzeżenia czy informacji. Coś do siebie gada (cytuje tę książkę o tacie, ma niesamowitą pamięć), macha rękami. Mimo zmęczenia nadal próbuje łazić po krawężnikach, więc obtłukł sobie brodę. Ale są też takie, że zapiera dech. Kiedy już wracaliśmy na kolację, dogoniliśmy chłopca, który niósł jakiś karabin (mężczyźni nawet ze znawstwem przedyskutowali, jaki typ przypomina, ale mnie się ta wiedza nie trzyma) i widzę, że Jaś aż przedeptuje, żeby dostać to w łapki. "No to zapytaj go" - mówię. A Jaś do niego: "Cześć, jestem Jaś, a to mój brat Staszek, podoba mi się twój karabin, skąd go masz?". Wprawdzie kiedy chłopiec opowiadał mu o swoim karabinie, młody desperacko przerywał mu opowieścią o własnym, ale mam wrażenie, że obaj świetnie się przy tym bawili. A po powrocie do domu natychmiast odzyskali siły i zaczęli ganiać wokół domku sąsiadami. Zapędzani na kolację pożegnali się grzecznie tekstem "To do jutra!". I chyba padli, bo z ich pokoju nie dobiegają żadne ślady życia.

Wykończy mnie ten odpoczynek, ale to ogromna satysfakcja, że bestie są takie ciekawe świata :)

Dosia

Awatar użytkownika

Rodzic i nauczyciel

Posty: 11855


Rejestracja:
11-05-2006 02:24

Dzieci: Marcin 23 lata, Piotr 31 lat

Post 03-08-2011 23:56

Tytuł zmieniony. Rzeczywiście pasuje doskonale :OK:

Fajne masz dzieciaki i rewelacyjnie o nich piszesz :lol: .
Moi synowie są już dorośli, obaj po maturze i obaj usamodzielnieni. :OK:

Przekonałam się, że ani ADHD ani ZA nie jest wyrokiem i staram się szerzyć wiedzę o tym, jak pomóc dzieciom, chociaż uważam, że największe, najpełniejsze i najbardziej wartościowe źródło tej wiedzy znajduje się właśnie tutaj, na tym forum.

dosia.eu - mój blog o wychowaniu

Józefina

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 701


Rejestracja:
27-01-2010 13:10

Lokalizacja: okolice Warszawy

Dzieci: córka 11 lat ZA i synek 8 lat ZA

Ja: walczę

Post 04-08-2011 13:33

Anchen! Love! :lol:
Edukacja Domowa bardzo pomaga nam żyć :)

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 04-08-2011 21:51

No ale to wszystko Mama musi do dziecka "zapakować", żeby samo wyszło w odpowiednim momencie


Wczoraj mi to umknęło, ale sprostuję, bo najwyraźniej wyrabiam Wam fałszywe wrażenie. Przecież to nie ja sama, chłopaki mają cudownego tatę, który po prostu lubi spędzać z nimi czas, ma mnóstwo pomysłów, bierze udział w tych wszystkich wymyślanych przez dzieci szaleństwach, zna odpowiedzi na większość pytań, ma swoje pasje, którymi potrafi się dzielić, i niesamowite poczucie humoru (co w różnych sytuacjach, jak sami wiecie, zdecydowanie pomaga przetrwać). Oczywiście są takie chwile, kiedy każde z nas trafia szlag, ale wypracowaliśmy taką metodę, że kiedy czujemy, że ciśnienie pary niebezpiecznie wzrasta w imbryczku, zmieniamy się, żeby to na krawędzi wybuchu miało chwilę ochłonąć. Potworki nawet nie próbują nas rozgrywać przeciwko sobie, bo dogadujemy się nad wyraz dobrze.

Ale to wszystko oczywiście wymaga pracy i wygląda to na przykład tak, że dzisiaj wieczorem potworki entuzjastycznie podłączyły się do grilla sąsiadów, więc i my popełzliśmy, a potem usiadłam bodajże na dziesięć minut. Resztę czasu spędziłam, organizując zabawy sześciorgu dzieciom, a mąż mi bohatersko pomagał, wymyślając kolejne zadania dla drużyny księżniczki Lei oraz drużyny Dartha Vadera. W międzyczasie musieliśmy pacyfikować Jasia, bo on oczywiście ma swoje zdanie i bardzo chętnie się pobawi z dziećmi, ale według własnych zasad, a jeśli go nie posłuchają, to najchętniej obrazi się i ucieknie, a w ogóle to jego latarka najsłabiej świeci i nie będzie liczył kroków do garażu (Gwiazdy Śmierci, znaczy), a przy kucanym berku walnie dziewczynkę łokciem w ramię i nawet tego nie zauważy; pamiętacie ten dialog z "Życia Briana"?
- [Brian] Wszyscy jesteście jednostkami!
- [tłum chórem] Tak, wszyscy jesteśmy jednostkami!
- [Brian] Wszyscy jesteście inni!
- [tłum chórem] Tak, wszyscy jesteśmy inni!
- [głos z tłumu] A ja nie...
No więc ten głos z tłum to jest Jaś :)
Musieliśmy też pacyfikować Stasia, tfu, Anakina, który z kolei bawił się tak świetnie, że w pewnym momencie przeciekł mu olej w skyfighterze i to tak dokumentnie, że trzeba go było dyskretnie wyprowadzić na zmianę oraz prędkie zapranie przyodziewku, a smuga zupełnie niekosmicznej woni ciągnęła się za nim jak gazy odrzutowe. Ale wieczór był w sumie udany, dzieci bawiły się szampańsko i zamierzają zacieśniać więzy z sąsiadami (oraz ich kablówką, jeśli mam być szczera).

A nad stawami rybnymi spotkaliśmy bardzo miłych panów rybaków, którzy zarzucali nam wędkę i udzielali rad. Jaś przez dwie godziny siedział jak przyrośnięty, pilnował wędki, a potem trochę się zmęczył i oznajmił, że potrzebuje nawigatora, który mu będzie pilnował spławika. Przeczytaliśmy z mężem na głos chyba z 80 stron "Jaśków", zmieniając się co dwa rozdziały, i złowiliśmy jeden fantastyczny patyk z dna oraz jednego lina, który wszelako, jak ocenili panowie rybacy, był zbyt mały, więc wrzuciliśmy go z powrotem do jego rodzimego bajorka, czym wszyscy byli uszczęśliwieni, bo nie mieliśmy ochoty go mordować, i lin oczywiście też się chyba ucieszył.

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 12-08-2011 20:41

Po prostu nie mogę tego nie napisać: potworki wylazły dzisiaj na Małą i Wielką Rawkę! Zabraliśmy je w Bieszczady pierwszy raz w życiu i muszę przyznać, że lazły pod górkę szybciej od nas, trzeba je było powściągać. Dwie i pół godziny zabrało im podejście, przebyte bez jednego miauknięcia protestu. Potem w ramach odpoczynku porwały noże składane i ruszyły na żniwa, ścinać na szczycie wysokie trawy (pamiątkowy snopek został zniesiony w plecaku). Zejście było trudniejsze, Staś (lat pięć) miał kryzys, więc opowiadaliśmy sobie bajki o rafce, na której w wielkiej harmonii żyły krab królewski (chyba pokłosie wystawy o stawonogach w muzeum w Krośnie), meduza i manta, które uprawiały zgodnie pole wodorostów z całymi cytatami ze "Śpiewającej lipki. Bajki Słowian Zachodnich" - uważam, że echolalia jest czasami bardzo pożyteczna, zwłaszcza w połączeniu ze świetną pamięcią. Po 2/3 zejścia Staś zauważył ze zdziwieniem: "O, trzęsą mi się kolana!" - i wiecie, co? Naprawdę mu się trzęsły :) Potem towarzystwo najadło się naleśników z jagodami, dotarło do samochodu i pojechało na oglądanie Soliny. Po 15 min. jazdy spali już snem sprawiedliwych, ale byli z siebie bardzo, bardzo dumni.

Podsumowanie wyprawy przez Jasia: "Góry są strasznie fajne, ale te podejścia to niespecjalnie... Lepiej by było windą..."

I piszę o tym nie tylko po to, żeby się pochwalić, chociaż oczywiście duma też mnie rozpiera. Góry bardzo wiele rzeczy weryfikują i wiecie, wydaje mi się, że te nasze dzieci, wyćwiczone na kilogodzinach terapii, są tak silne i waleczne (właśnie dlatego, że praktycznie od zawsze musiały pracować i ćwiczyć, żeby osiągnąć to, co innym przychodziło bez namysłu i bez wysiłku), że wylezą nawet na Księżyc, jeśli tylko da się im szansę.

A poza tym jesteśmy mordercami karpii. Cała gromada przemiłych wędkarzy przygarnęła nas - a właściwie Jasia - nad stawami rybnymi i nie dało się mordu uniknąć. Panowie pokazali nam najlepsze żerowiska, podzielili się robakami, udzielali wskazówek, pożyczali podbieraki, słowem, spiskowali zajadle, żeby młody złowił, co jego. Karpie były dwa (tyle można dziennie wyłowić ze stawu), młody skakał jak mała piłeczka ze szczęścia, my z mężem mniej, bo w powietrzu wisiał już mord. Jaś, zdrajca, zdezerterował, nawet pęcherza pławnego nie chciał obejrzeć, oznajmił, że widział w książce i mu starczy - ale pięcioro pozostałych dzieci nie odstąpiło nas podczas mordu ani o krok, krwiożercze potworki. Bo, co jest niewiarygodne, w naszym domku stacjonuje siedmioro dzieci, wszystko chłopaki i wszystko fajne. Toczymy zajadłe mecze piłki nożnej i obawiam się, ze stratowaliśmy co najmniej dwa krzaki. A karpie zostały upieczone na wielkim grillu i spożyte podczas ogólnodomkowej fiesty. Co gorsze, Jaś ma już własny podbierak, sak i napiera się, żeby dalej łowić. A panowie wędkarze, spiskowcy paskudni, wylewnie witają go w swoich szeregach i pokazują mu różne techniki łapania biednych ryb. Uprzedzając pytania: niestety, Jaś nie daje się przekonać, że zdobycz fajnie wypuścić, włącza mu się jakiś atawizm, że ryby są fajne, zdobycz należy wszelako zjeść.

Żona Dreptaka

Wsparcie

Posty: 6424


Rejestracja:
14-03-2005 21:39

Post 12-08-2011 21:05

Anchen pisze:... z całymi cytatami ze "Śpiewającej lipki. Bajki Słowian Zachodnich" - uważam, że echolalia jest czasami bardzo pożyteczna, zwłaszcza w połączeniu ze świetną pamięcią.
...
wydaje mi się, że te nasze dzieci, wyćwiczone na kilogodzinach terapii, są tak silne i waleczne (właśnie dlatego, że praktycznie od zawsze musiały pracować i ćwiczyć, żeby osiągnąć to, co innym przychodziło bez namysłu i bez wysiłku), że wylezą nawet na Księżyc, jeśli tylko da się im szansę.

A mnie się wcale nie wydaje.
Wylezą na Księżyc - tak po prostu jest.

Anchen - tak trzymaj ! :OK:

irena

Awatar użytkownika

Żelazna baba/super rodzic

Posty: 3423


Rejestracja:
07-10-2005 21:20

Lokalizacja: Szczecin

Dzieci: syn 27 lata, syn 26 lat-ADHD, córka 23 lata- ZA, córka 22lata

Ja: Tylko zakręcona, mąż ZA

Post 12-08-2011 21:44

Anchen masz fantastycznych chłopaków.
Jaś prawdziwy facet, co upoluje zjeść musi. :D
Żonka jak zwykle rację, nasze dzieci sięgają gwiazd, bo chcą i mogą. My tylko trochę im pomagamy, ale od tego są przecież rodzice. :D

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 29-08-2011 10:18

Wróciliśmy z Jasiem z warsztatów w Gdańsku, ale nie umiem jeszcze określić, ile się po nich u nas zmieni, muszę sobie te informacje spokojnie poukładać w głowie, więc tylko pozdrawiam wszystkich serdecznie.

A potem wyruszyliśmy na konwent (zlot miłośników fantastyki), gdzie czcigodne potomstwo
godnie przetrwało całą wieczorną galę, wpadłszy na nią w ostatniej chwili i po długaśnej podróży, a następnie nocowało w zapyziałym hostelu, który miał wszelako tę zaletę, że pokoje wyglądały jak kajuty na statku, więc im się podobały. O poranku dnia następnego potworki ochoczo podniosły system, pożarły kanapki i pognały na imprezę. Bo potworki uwielbiają konwenty i w ogóle spędy towarzyskie, kiedy świat jest nagle pełen przyjaznych cioć i wujków, których można maltretować, a którzy też mają szmergla, więc spoglądają życzliwie na dziwactwa innych. Wczoraj niestety były nieco skonane, więc ciocia-fizyk eksperymentalny została oszczędzona, mimo że Jaś ostatnio zadręcza mnie ostatnio dociekaniami typu "dlaczego między atomami jest pusto", obnażając nikczemnie moją niekompetencję, i wujkom-matematykom też się upiekło.

Ale ogólnie konwenty są dla nas świetne, bo nasza dziatwa wpisuje się bez pudła w tłum przebierańców i dziwadeł. Nadreprezentacja ścisłowców sprawia, że fiksacje Jasia są przyjmowane z życzliwym zainteresowaniem, bo ostatecznie kto powiedział, że tylko czterdziestolatki mają się bawić w Gwiezdne Wojny i Star Treka? Wprawdzie wszędzie jest mnóstwo pokus (kto by nie chciał mieć w domu Dartha Vadera naturalnej wielkości? - ja po prostu o tym marzę :>), ale negocjujemy. Dziecię wynegocjowało lunetę, którą dostanie jako prezent urodzinowy i nie podniosło rejwachu, kiedy ją schowałam do torebki i nie pozwoliłam ponieść ani przez chwilę (bardzo jesteśmy z niego dumni). Myśmy z mężem dostali za to ataku głupawki przy akcesoriach gotyckich, gdzie eksponowano m.in. skórzane bransoletki nabijane metalowymi czaszkami.
- Patrz - powiadam - pani Jasia dostałaby zapaści, gdyby przyszedł w czymś takim do szkoły.
(tu wymiana głębokich spojrzeń)
- Hm, właściwie to warto je kupić, żeby to zobaczyć.
No i kupiliśmy: obsługa stoiska śmiała się jak norki. W swoim czasie wyprowadzałam dorosłych z równowagi pierścieniem z czachą i rozpadającymi się portkami z Anarchią na tyłku i do tej pory zachodzę w głowę, dlaczego warto się o to szarpać.

Największym natomiast przebojem okazała się sala gier, gdzie można wypożyczać i testować planszówki. Miałam swoją robotę, ale męska część rodu wkroczyła do niej o godz. 10 i zapadła się jak tłusta krowa w grzęzawisko, bez śladu. Dzieci grały. Z rozkoszą. Nie kłóciły się, nie brały za łby, kiedy ktoś przegrywał (a Jaś ma z tym ogromny kłopot). Nie biegały, nie darły się. Nie absorbowały dorosłych: właściwie w ogóle niespecjalnie zauważały ich obecność. Głodu, hm, też nie czuły, bo jakeśmy się z mężem zdzwonili, było po 15, a potomstwo kładło się rejtanem na planszy, że muszą dokończyć, furda frytki, wszak grają. Na szczęście zwijano już całą imprezę, ale i tak dwie gry kupiliśmy, o te konkretnie:
http://planszowe.net/product/RATTLESNAKE-PL,4139
http://www.planszomania.pl/rodzinne/2073/Poszukiwacze-Skarbow.html
Niby gry planszowe w pokojach chłopców wylewają się ze wszystkich kątów, wykształcają po prostu moreny czołowe, ale i tak trudno się oprzeć czemuś ciekawemu. Przed komputerowymi ich na razie chronimy, obawiam się ich, bo komputer niespecjalnie uspołecznia, ale jesień i tak zapowiada się ekscytująco. Chyba dorastają do pełnej wersji Carcassonne ("Dzieci z Carcassonne" są jedną z ulubionych, tyle że potworki nie grają przeciwko sobie, a tak, żeby wszystkim było dobrze - nastoletni gracze, którzy usłyszeli na konwencie tę strategię, dostali zajadów ze śmiechu), przyjaciółka przewiozła z Niemiec dziecięcą wersję "Catanu" i pewnie zaczniemy trudniejszą wersję "Kajka i Kokosza".

Piszę dużo o tym konwencie, bo dla mnie to świetne miejsce, żeby pokazać chłopcom, że ludzie mają prawo celebrować swoje pasje i zainteresowania, choćby najbardziej osobliwe, i w ogóle być dziwni - i teraz przez moment piszę bardzo serio. Że pani w wieku mocno pobalzakowskim ma prawo przebrać się za Xenę Wojowniczą Księżniczkę, a śliczne dziewczę nakleić na buzi wrzody, bo akurat jest zombie.

Dzisiaj o poranku potworki przywdziały na piżamy pełne uzbrojenie (hełmy, gogle, spluwy, miecze świetlne i pancerze) i w pełnym rynsztunku budują z klocków statki kosmiczne. Podczas pisania tego listu trzykrotnie musiałam przytrzymać Stasia, który nie doświadczył dobrodziejstw warsztatów i próbował negocjować z piąchy. Achilles tak nie walczył - zostałam podrapana (pazurami u ręki i u nogi!), walnięta czaszką, opluta (umie pluć do tyłu!) oraz sponiewierana werbalnie. Sąsiedzi usłyszeli swoją porcję ryku, przerywanego okrzykami: "Boli mnie, oj, jak strasznie mnie boli", "Muszę wytrzeć nosek", "Moje ucho", "Mam włosa na języku", "Przecież mówię, że mnie boli", "Auu, moja ręka, wykręcasz mi rękę", "Ale przecież łezki mi płyną" - Stasiek ma lat pięć, mocny charakter, talent dramatyczny oraz mnóstwo wytrwałości. Starszy, zanim go nie odesłałam, zdążył tonem weterana rzucić: "im szybciej się uspokoisz, tym szybciej puszczą" i poczłapał do kosmicznej stoczni. Więc chyba się jednak coś zmieniło :)

Mieliśmy cudowne lato. Bardzo żałuję, że się kończy.

gaja7

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 609


Rejestracja:
23-10-2008 22:36

Lokalizacja: Katowice

Post 29-08-2011 17:14

My dojrzewamy do wyprawy na spotkanie gwiezdno-wojenne. Wyhodowaliśmy dwa potworki z innych planet (Aayla Secura i Quinlam Vos) ale póki co trzymamy pod kloszem.
Ja, matka szukająca, Gustaw 1996 niezdiagnozowany AS, Gaweł 2004 AS+ADHD, Gosław 2007 póki co naśladowca Tajfuna

dreptak

Awatar użytkownika

Terapeuta

Posty: 13315


Rejestracja:
20-02-2005 21:41

Lokalizacja: Warszawa

Post 29-08-2011 18:38

Anchen pisze:Starszy, zanim go nie odesłałam, zdążył tonem weterana rzucić: "im szybciej się uspokoisz, tym szybciej puszczą" i poczłapał do kosmicznej stoczni. Więc chyba się jednak coś zmieniło :)
To jest absolutny przebój miesiąca :rotfl: !!!!

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 29-08-2011 20:35

My dojrzewamy do wyprawy na spotkanie gwiezdno-wojenne. Wyhodowaliśmy dwa potworki z innych planet (Aayla Secura i Quinlam Vos) ale póki co trzymamy pod kloszem.


Lada moment masz StarForce w Toruniu:
http://wyborcza.pl/1,75475,10188374,_Gwiezdne_wojny__w_Toruniu__Bedzie_parada_szturmowcow.html
http://www.starforce.eu
Nie wiem, kto to dokładnie organizuje, ale zwykle takie imprezy są bardzo przyjazne dzieciom.

A już zupełnie u Ciebie, bo w Katowicach, będzie lada moment XXX-lecie Śląskiego Klubu Fantastyki (1-2 października), a to najstarszy w Polsce klub miłośników fantastyki i przy okazji fantastyczni ludzie. Też miewają dzieci, więc nie sądzę, żeby Twoje potworki bardzo ich zaskoczyły :)

nieszki

Awatar użytkownika

Terapeuta

Posty: 4132


Rejestracja:
09-03-2005 20:02

Lokalizacja: Gdańsk

Dzieci: Synowie: 16 lat - ZA z cechami ADHD, 9 lat

Post 29-08-2011 21:06

O ja nie mogę. Julek czeka na wszystkie wystawy, w Gdyni i Tczewie był. Aż strach mu pokazać.
Obrazek
Agnieszka -starszy syn lat 16 - ZA, drugi - lat 9 - takie sobie zwykłe, niezwykłe dziecko.

gaja7

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 609


Rejestracja:
23-10-2008 22:36

Lokalizacja: Katowice

Post 30-08-2011 09:23

Nad wyjazdem do Torunia mocno radzimy- Bydgoszcz w zeszłym roku przegapiliśmy, a tam mamy "bazę noclegową". Póki co liczymy kasę na książki, więc raczej trudno będzie zdobyć się na wyjazdowe szaleństwo, ale październikowe święto jak najbardziej w zasięgu.
Ja, matka szukająca, Gustaw 1996 niezdiagnozowany AS, Gaweł 2004 AS+ADHD, Gosław 2007 póki co naśladowca Tajfuna

dorotai

Posty: 2


Rejestracja:
13-09-2011 17:30

Post 13-09-2011 17:36

gaja7 pisze:My dojrzewamy do wyprawy na spotkanie gwiezdno-wojenne. Wyhodowaliśmy dwa potworki z innych planet (Aayla Secura i Quinlam Vos) ale póki co trzymamy pod kloszem.


Dojrzeliście? Byliście? Bo na paradzie była Aayla - czy to Twoja?

gaja7

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 609


Rejestracja:
23-10-2008 22:36

Lokalizacja: Katowice

Post 13-09-2011 22:04

Nasza Aayla jest 4-letnim chłopcem :) i niestety nie byliśmy na paradzie.
Ja, matka szukająca, Gustaw 1996 niezdiagnozowany AS, Gaweł 2004 AS+ADHD, Gosław 2007 póki co naśladowca Tajfuna

dorotai

Posty: 2


Rejestracja:
13-09-2011 17:30

Post 14-09-2011 07:32

gaja7 pisze:Nasza Aayla jest 4-letnim chłopcem :)

Ups, a już chciałam zapytać o technologię wykonania lekku :)

pozdrawiam serdecznie

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 14-09-2011 08:01

Nasz młodszy w wieku lat czterech był Ashoką i sprzedawał fangę w nos każdemu, kto widział w tym coś niestosownego :) Teraz się zgenderował i został Anakinem.

Wiecie co? Nic się nie dzieje. Po powrocie do szkoły Jaś wpadł w ramiona kolegów i jest przeszczęśliwy. Razem z młodszym biegają na dodatkowe zajęcia z piłki nożnej i wprawdzie moim zdaniem biega w kierunku zupełnie innym niż piłka, ale biega. Grupa wydaje się zaawansowana, więc kopie gorzej od innych, ale nawet bohatersko nie zrobił awantury, kiedy w jakichś zawodach rzędów kopał totalnie w kosmos: odwrócił się na chwilę tyłem do trenera, oczy mu się zaszkliły, zamachał pięścią nad głową jakiegoś chłopca, który nad nim lamentował, ale wytrzymał. Pisze coraz lepiej, co nawet wychowawczyni zauważyła: poszedł do szkoły jako sześciolatek, a napięcie mięśniowe słabe. Mam nieco złośliwe wrażenie, że na wyrobienie ręki niebagatelny wpływ miało przepisywanie w nieskończoność zasady "Innych dotykamy tylko za ich zgodą" :)

A w szkole szykują się dwa kolejne starcia na miarę gigantów. Pierwsze będzie o poziom angielskiego, bo część rodziców uważa, że pięć godzin tygodniowo to mało i w ogóle poziom zbyt niski, dzieci za mało konwersują - zamierzam się temu przyglądać w rozbawieniem, bo dla mnie ten angielski to żaden święty Graal, i tak go młody błyskawicznie zaskoczy, jak podrośnie i będzie chciał wejść w popkulturę.

Drugie jest jeszcze zabawniejsze. Otóż nasza szkoła nie posiada stołówki, żarcie dostarczają firmy cateringowe, które dosyć często się zmieniają. I na początku roku szkolnego dostaliśmy ofertę nowej firmy, na którą nie zwróciłabym uwagi, bo wiadomo, żarcie masowe jest z definicji podłe, jednakowoż właścicielka firmy dołączyła list o swej filozofii żywienia. Że jajko prosto od kurki, śmietanka prawdziwa, zioła, warzywa - słowem, cud, miód i malina. A oprócz tego link do "Świata seriali", bo pani jest telewizyjna, w czymś tam kucharzy i konsultuje. Tośmy się najpierw z mężem obśmiali jak norki, ale potem zajrzałam wnikliwiej do jadłospisu, który pani nam nieopatrznie przesłała. A w jadłospisie głównie kluchy i smażeliny, kurczak albo mięso mielone (podczas sześciu tygodni dwa razy schab jako dumny reprezentant reszty świata zwierzęcego), z ryb tilapia, zapewne prosto z delty Mekongu. I się zeźliłam, bo młody jest w szkole na tyle długo, że musi zjeść coś ciepłego, ale ryż z jabłkami albo makaron z sosem aioli (che, che, w tłumaczeniu z telewizyjnego: odrobina sosu czosnkowego) nawet w mariażu z surówką dramatycznie nie spełnia moich kryteriów posiłku. Podesłałam cudo znajomej dietetyczce, która napisała, że jadłospis tani, (produkty za jakieś 3-4 zł, ich koszt dla nas - 13 zł) i obliczony na minimum wysiłku, a co najgorsze, jest tam dużo potraw, które dają błyskawicznego kopa cukrowego (te wszystkie kluchy z oczyszczonej mąki), a potem równie szybki spadek poziomu cukru we krwi i niespecjalnie powinny być serwowane dzieciom w takiej ilości.

No i będziemy inwestowali w trojaki, a z tego, co porozmawiałam z innymi mamami, nie tylko my. A najśmieszniejsze, że cała afera przez to zadęcie o filozofii żywienia, bo tak uczciwie mówiąc, nie wiem, co mnie bardziej zirytowało - czy kiepska jakość jadłospisu, czy te farmazony wypisywane przez właścicielkę cateringu. Czy u Was to jedzenie szkolne też jak wygląda?

regina

Wsparcie

Posty: 608


Rejestracja:
14-06-2009 23:02

Post 14-09-2011 08:25

U nas jest stołówka, kuchnia w zasadzie tzw. polska. Młody mój wielu rzeczy nie tyka, ale coś tam je :) Bazujemy na zupach - i to jest super. A z drugich dań najczęściej dziecię zjada ziemniaki, ryż lub kaszę, ew. jarzyny na ciepło, mięso - tylko gdy jest sztuką mięsa w sosie (smażeniny bleeee).
Ogólnie - jako ze z nadwrażliwością syna na smaki i konsystencję jest lepiej - nie narzekam.

smoczydlo

Awatar użytkownika

Forumoholik

Posty: 2637


Rejestracja:
14-02-2007 18:02

Lokalizacja: Łuków, woj. lubelskie

Post 14-09-2011 09:45

regina pisze:U nas jest stołówka, kuchnia w zasadzie tzw. polska.
Tak samo jst i u nas. Rafał twierdzi, że posiłki są smaczne, zjada je chetnie nawet prosi o dokładki.
Człowiek jest wielki,
nie przez to, co ma, lecz przez to kim jest,
nie przez to co posiada, lecz przez to, czym dzieli się z innymi.

nieszki

Awatar użytkownika

Terapeuta

Posty: 4132


Rejestracja:
09-03-2005 20:02

Lokalizacja: Gdańsk

Dzieci: Synowie: 16 lat - ZA z cechami ADHD, 9 lat

Post 14-09-2011 10:39

U nas stołówka w jednej i drugiej szkole. I o ile duży stara się zjadać prawie wszystko - latami wypracowane, poza tym, jak sam mówi, szkoda kasy na wywalanie, więc je - o tyle mały je dramatycznie. Większość zostaje, bo jedzeniowo wybredny jest okrutnie.
Obrazek
Agnieszka -starszy syn lat 16 - ZA, drugi - lat 9 - takie sobie zwykłe, niezwykłe dziecko.

Żona Dreptaka

Wsparcie

Posty: 6424


Rejestracja:
14-03-2005 21:39

Post 14-09-2011 13:16

W podstawówce Dreptacząt posiłki były dowożone.
Średnio co 2 lata zmieniano firmę. Każda kolejna miała świetne materiały marketingowe i dodatkowo ktoś ją polecał. Każda też startowała bardzo smacznie i przez kilka miesięcy było super. A potem pomalutku-powolutku zjazd z dół, aż do ... poszukiwania nowej firmy.

Anchen,
farmazony i zadęcie w ofercie być może mają związek z tym, że pani jest "telewizyjna"; znać rękę fachowca :?

gaja7

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 609


Rejestracja:
23-10-2008 22:36

Lokalizacja: Katowice

Post 14-09-2011 18:58

U Gawełka na szczęście jest kuchnia. Obiady smaczne i zgodne ze sztuką żywienia. Gaweł je to, co chce niestety. Dziś nie ruszył w ogóle barszczu, ciągle coś zostaje. Podobnie z drugim śniadaniem, choć generalnie warianty są 3 - chlebek z żółtym serem i majonezem (tylko Kielecki), chlebek z żółtym serem szynką i majonezem, chlebek z szynką i majonezem. Do tego wciskam to marchewkę, to jabłko, to pomidorki koktajlowe... Ale jak porównam z analogicznym okresem Gustawa jest i tak dobrze. U Gustawa obiadów nie ma, ale za to jest teraz szybko w domu, bo do szkoły ma 10 min. na piechotę, albo 2 min. tramwajem. Drugich śniadań nie zabiera tradycyjnie.
Ja, matka szukająca, Gustaw 1996 niezdiagnozowany AS, Gaweł 2004 AS+ADHD, Gosław 2007 póki co naśladowca Tajfuna

regina

Wsparcie

Posty: 608


Rejestracja:
14-06-2009 23:02

Post 14-09-2011 21:42

Ha. Moje dziecię na 2gie śniadanie zjada nieodmiennie bułkę z masłem. Oprócz tego batonik muesli z suszonymi owocami. W zeszłym roku parę razy poprosił o bułkę z dżemem. Take to urozmaicenie mamy. ;)

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 22-09-2011 07:38

O sześciolatkach szkole

U nas nadal nic się nie dzieje. Po urodzinach Jasia, słabo zaludnionych przez koleżeństwo z klasy, płyną do młodego prezenty od kumpli z klasy i propozycje spotkań w innym terminie. Trwa wielka bitwa o catering, dzisiaj kolejne spotkanie z właścicielką firmy. Koty rosną i szaleją coraz bardziej. Mamy mnóstwo fantastycznych nowych książek, w tym niesamowitą autorską Iwony Chmielewskiej o miesiączce - tyle że po koreańsku. Odkrywamy klocki Eitecha i testy matematyczne do Kangurka. Jest fajnie.

Ale chciałam napisać o czymś zupełnie innym. Chłopcy mają Przyjaciela, najlepszego, najukochańszego przyjaciela od lat. Spotykają się regularnie, ale teraz jest trochę trudniej, bo Przyjaciel poszedł do innej szkoły niż Jaś. Obaj zaczynali edukację jako sześciolatki, Przyjaciel jest w szkole publicznej na Ursynowie, w klasie ma 24 osoby. Ma też panią z ambicjami. Ambicją pani jest, żeby dzieci obecnie siedmioletnie zakasowały ośmiolatki, które realizują ten sam program. I Przyjaciel ma kłopoty. Nie nadąża na lekcjach. Już wie, że jest najsłabszy w klasie. Pani cały czas go krytykuje, jeśli nie werbalnie, to daje sygnały pozawerbalne, ale nie wysłała go do szkolnego psychologa ani nie przygotowała planu pracy na wakacje. Zamiast tego z dwójką innych dzieci zapisała go na początku roku na kółko wyrównawcze, na którym ma powtarzać pierwszą klasę. Inne dzieci już zgrokowały sytuację, nie chcą się z nim bawić.

Obejrzałam sobie wczoraj jego zeszyty i podręczniki. Podręcznik jest do bani, niespójny wewnętrznie (przekartkowałam go tylko, ale zdołałam zauważyć, że corrida jest pisana raz z c, raz z k - a całość opatrzona wyjaśnieniem, że piszemy z c, ale czytamy k, co za niechluje!), przesycony tanim dydaktyzmem, graficznie pacześny do bólu. Właściwie nie otwiera żadnych ciekawych ścieżek edukacyjnych, dzieci uczą się znaków drogowych, poprawnego zachowania i warzyw jesiennych (warstwa przyrodnicza jest na niższym poziomie niż nasze podręczniki przedszkolne). Teksty są w większości produkcji autorów podręcznika, banalne i tak zwyczajnie kiepskie (wersyfikacja na poziomie "łubu dubu, łubu dubu, niech nam żyje prezes naszego klubu"), zniechęcą ich do poezji na całe życie. Trochę Strzałkowskiej nie ratuje sytuacji. Klasyków autorzy podręcznika postanowili poprawić i ulepszyć (La Fontaine'a poprawili, chapeau bas). Słowem nuda podlana sowicie czymś, co Wańkowicz nazywa smrodkiem dydaktycznym. Szkoda, bo ten pierwszy podręcznik powinien być i piękny, i ciekawy. I będę się upierała, że wybór podręcznika mnóstwo mówi o szkole i o nauczycielu.

A potem obejrzałam zeszyty i ćwiczenia. Jak dla mnie, Przyjaciel pisze pięknie. Z pewnością lepiej niż Jaś, którego pani bardzo chwali, że sobie tak wyrobił rękę. Przyjaciel nie wychodzi poza linię, robi odstępy, przepisuje z tablicy. Pisania mają w ogóle bardzo dużo i psycholog szkolny, do której - niestety bez wsparcia wychowawczyni - dotarła mama Przyjaciela, powiedziała, że mały ma po prostu odpuścić kaligrafowanie (on ma zaburzenia SI, słabe napięcie), ma pisać tak, żeby było czytelnie. Powiedziała też, że dziecko jest przeciążone i nie można mu już dodawać więcej pracy. Trzeba wspierać i chwalić. No i tu dochodzę do clue - miał napisać jako pracę domową opis wakacji. Napisał pięknie i na osiem linijek, bez błędów, bez wychodzenia poza linię. Pani napisała pod pracą: "Spr. - Bardzo dobrze. Miałeś ciekawe wakacje. Popracuj nad starannością". Ale tam się już nic staranniej nie dało zrobić! I czy to jest pochwała? Dla mnie to wredna, zakamuflowana nagana.

Praca domowa z wczoraj na dzisiaj - 8 stron. Słownie: osiem. Do tego jeszcze przepisywanie z zajęć wyrównawczych. Naprawdę nie można powiedzieć, że to jest mało, a jego trudności wynikają wyłącznie z braku skupienia czy wrodzonej powolności, co sugeruje nauczycielka. Kiedy mama Przyjaciela protestuje, słyszy, że inne dzieci dają sobie radę, tylko on tak odstaje. To uparta dziewczynka, więc podzwoniła po znajomych rodzicach i okazuje się, że dzieci odrabiają lekcje do 21, nie wyrabiają się, więc idą spać z płaczem - ale rodzice boją się postawić pani i uważają, że dzieci muszą się przemęczyć, bo edukacja ważna, bo będzie im w życiu lepiej, jeśli wcześniej zrozumieją, że trzeba pracy i wysiłku. Mama czuje, że jest przez szkołę wmanewrowywana w rolę rozrabiającej rodzicielki tumana. Wg psychologów dziecko w tym wieku poza szkołą powinno pracować pół godziny.

Podczas wakacji spotkaliśmy inną dziewczynkę z naszego przedszkola. Też jest w publicznej szkole na Ursynowie. Też odrabia lekcje do 21. Już ma dyktanda i oceny (w pierwszej klasie, znaczy, miała). Radzi sobie, jest bystra. Ale rodzice innych dzieci doprowadzili do tego, że najsłabszego ucznia w klasie zostawiono na drugi rok w pierwszej klasie. Żeby nie zaniżał poziomu innym dzieciom. Pani się ściga z innym wychowawczyniami. Tymi od siedmiolatków. I powtarza dzieciom, że połowa z nich nie powinna trafić w tym wieku do szkoły.

Przyjaciel moich synów to bardzo fajne dziecko, bez fiksacji naukowych, z trudnościami wynikającymi z zaburzeń integracji sensorycznej, nieco trudniej wchodzący w grupę. Zainteresowany przyrodą, nawijający jak złoto o traszkach i jaszczurkach. Pracuje ogromnie ciężko nad tą nieszczęsną kaligrafią. I on gaśnie, tydzień po tygodniu nam gaśnie, jest wpędzany w poczucie, że jest tumanem i nieudacznikiem.

Zupełnie nie wiem, co poradzić jego mamie - może Wy macie jakiś pomysł. Dla mnie to jest jakieś monstrualne szaleństwo, te dzieci są naprawdę potwornie przeciążone. I z tego, co myślę o reformie edukacji, nic się nie nadaje do zapisania. Właściwie za samo myślenie powinnam zacząć robić przysiady.

gaja7

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 609


Rejestracja:
23-10-2008 22:36

Lokalizacja: Katowice

Post 22-09-2011 17:34

Mnie przychodzi do głowy tylko rozmowa w PPP z prośbą o opiekę nad klasą. Pracownik poradni może przyjść na lekcje i sprawdzić jak to działa tyle że przy nim może działać wzorcowo. W książkach na pewno zaznaczone jest co jest zadaniem domowym, a więc można wykazać ile pracy jest zadawanej do domu.
Ja, matka szukająca, Gustaw 1996 niezdiagnozowany AS, Gaweł 2004 AS+ADHD, Gosław 2007 póki co naśladowca Tajfuna

Dosia

Awatar użytkownika

Rodzic i nauczyciel

Posty: 11855


Rejestracja:
11-05-2006 02:24

Dzieci: Marcin 23 lata, Piotr 31 lat

Post 22-09-2011 22:46

Ja napisałabym grzeczne ale stanowcze pismo do dyrektora szkoły, w którym wymagałabym dostosowania się nauczycielki do opinii dziecka i nie przekraczania ilości pracy domowej ponad pół godziny dziennie. Jak zrozumiałam z Twojego postu Anchen, ten kwiatek z "popracuj" był już po rozmowie z psycholog? Jeśli tak, to tym bardziej nie czekałabym z pismem, w którym dodałabym, że rozmowy z wychowawczynią i psychologiem nie poskutkowały.

Jeśli mama Przyjaciela nie ma odwagi pisać, to na jej miejscu zmieniłabym mu szkołę.

Inaczej dzieciaka tam zmarnują. :(
Moi synowie są już dorośli, obaj po maturze i obaj usamodzielnieni. :OK:

Przekonałam się, że ani ADHD ani ZA nie jest wyrokiem i staram się szerzyć wiedzę o tym, jak pomóc dzieciom, chociaż uważam, że największe, najpełniejsze i najbardziej wartościowe źródło tej wiedzy znajduje się właśnie tutaj, na tym forum.

dosia.eu - mój blog o wychowaniu

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 23-09-2011 07:16

Mnie tam nie ma, więc biorę pod uwagę, że wszystko, czego się dowiaduję, jest mocno przefiltrowane przez emocje i może być zniekształcone. Ale wczoraj porozmawiałam sobie z dyrektorką naszej szkoły, bo chciałam zrozumieć, skąd takie gigantyczne problemy i gigantyczne prace domowe (i dlaczego u nas jest inaczej). Akurat się tak fortunnie złożyło, że miałam też konsultacje u psycholog Jasia, więc też chwilę porozmawiałyśmy. A wieczorem spotkałam się jeszcze z mamą Przyjaciela i uściśliłam kilka rzeczy. Otóż jest jeszcze dziwniej niż sądziłam:
- te osiem stron to nie jest tylko praca domowa, to również praca na lekcji, a właściwie cała praca na lekcji. Mama innej dziewczynki z tej klasy powiedziała, że jej córka robi to wszystko na lekcjach, do domu nie przynosi nic. Z tego wynika, że mały nic nie robi w szkole, jego energia wyczerpuje się na przepisaniu regułek z tablicy (fakt, że mają tego bardzo dużo, przepisują ponad stronę na lekcji, głównie regułki w stylu "dodawanie jest naprzemienne"), ale do ćwiczeń już w ogóle nie siada. Czyli w domu robią właściwie cały program szkolny.
- jego psycholog szkolna nie wydała na razie formalnej opinii i powiedziała, że zbadanie całej sytuacji i wystawienie tejże zajmie jej ok. miesiąca, poza tym jest skonfundowana, bo mały zachowywał się zupełnie inaczej podczas pierwszego spotkania (koncentrował się i pracował), a zupełnie inaczej podczas drugiego (nie chciał pracować)
- nie wiadomo, jakie teksty mu zrobiono
- jego rodzice czekają na opinie z dwóch ośrodków SI, gdzie prowadzono jego terapię (przez dwa lata)
- kontakt z wychowawczynią jest słaby, ona nie ma czasu, na widok mamy chłopca ucieka.

Ustaliłyśmy, że jego mama będzie jak najściślej współpracować z psycholog szkolną i prosić ją o monitorowanie sytuacji na bieżąco (miesiąc to naprawdę długo). W międzyczasie na zewnątrz szkoły zrobią małemu teksty, mierzące jego kompetencje poznawcze. Wychowawczynię poproszą o pisemną opinię o dziecku, operującą na konkretach (czyli nie "dziecko leniwe", ale w jakich sytuacjach przestaje pracować), z propozycjami rozwiązania sytuacji. Poza tym rodzice spróbują przemodelować swoją postawę z przerażono-przepraszająco-błagalnej na konkret i bez konfrontacji czy agresji zaczną zadawać niewygodne pytania: co szkoła robi, żeby rozwiązać problem? skąd tak gwałtowne pogorszenie funkcjonowania dziecka (przez rok przecież nie zgłaszano go do psychologa)? jakie mają propozycje działań (jako fachowcy wszak), które poprawią sytuację? jak dostosowują pracę do możliwości dziecka? dlaczego dziecko nie pracuje na lekcjach i jakie działania podejmuje nauczyciel, żeby je włączyć w rytm pracy? A jednocześnie muszą popracować nad kontaktami z innymi rodzicami, żeby ich nie osadzono w roli agresywnych rodziców tumana. Co o tym sądzicie?

Liczą, że psycholog pomoże im porozumieć się z wychowawczynią. Jeśli nie - dalsze instancje, czyli dyrekcja, ewentualnie PPP. Nie chcą przenosić go ze szkoły, bo ta jest tuż za płotem, poza tym mały niespecjalnie rączo wchodzi w grupę i włożyli sporo trudu, żeby w tej funkcjonował.

Dziękuję serdecznie za wszystkie rady. Wiem (bo czytałam), że pewnie dla wielu z Was dublowanie szkoły to żadna nowość, ale dla mnie to okropne i w sumie mniej mi chodzi o aspekt poznawczy, bardziej wychowawczy. A już zupełnie obrzydliwa jest postawa "najsłabszego wywalamy za burtę".

Dosia

Awatar użytkownika

Rodzic i nauczyciel

Posty: 11855


Rejestracja:
11-05-2006 02:24

Dzieci: Marcin 23 lata, Piotr 31 lat

Post 23-09-2011 09:38

Anchen pisze:- jego psycholog szkolna nie wydała na razie formalnej opinii i powiedziała, że zbadanie całej sytuacji i wystawienie tejże zajmie jej ok. miesiąca, poza tym jest skonfundowana, bo mały zachowywał się zupełnie inaczej podczas pierwszego spotkania (koncentrował się i pracował), a zupełnie inaczej podczas drugiego (nie chciał pracować)
- nie wiadomo, jakie teksty mu zrobiono
- jego rodzice czekają na opinie z dwóch ośrodków SI, gdzie prowadzono jego terapię (przez dwa lata)
- kontakt z wychowawczynią jest słaby, ona nie ma czasu, na widok mamy chłopca ucieka.
Przepraszam, poszłam na skróty, myślałam, że Przyjaciel ma formalną opinię z PPP. Moim zdaniem to jest absolutna podstawa. Szkoła ma obowiązek dostosować się do opinii z PPP, natomiast wszelkie inne opinie - z terapii, a nawet ta opinia psycholog szkolnej, której można się spodziewać dopiero za miesiąc (strasznie zapracowana ta psycholog :? :roll: ), pełnią funkcje pomocnicze. Szkoła może je uwzględniać, ale niestety nie musi. Tak, że teraz pierwsze kroki skierowałabym do PPP z prośbą o wyspecyfikowanie zaleceń dla szkoły. Inaczej jego mama nie bardzo wie, czego rzeczywiście może od wychowawczyni wymagać. Posiadanie opinii z PPP jest podstawą w dialogu ze szkołą na temat jakichkolwiek dysfunkcji i indywidualnego traktowania.
Tak, że - nie PPP na koniec, ale właśnie na początek. Tym bardziej, że PPP nie jest "straszakiem", nigdy nie przybiera takiej postawy. PPP istnieje po to, aby merytorycznie pomagać szkole, wydając zalecenia. Tak, że zgłoszenie dziecka na badanie do PPP i prośba o wydanie zaleceń dla szkoły, to jest rutyna a nie jakieś ostateczne wyjście. Wychowawczyni już dawno powinna poprosić mamę chłopca o zalecenia z PPP.
"Straszakiem" może być ewentualnie kuratorium.


Anchen pisze:Ustaliłyśmy, że jego mama będzie jak najściślej współpracować z psycholog szkolną i prosić ją o monitorowanie sytuacji na bieżąco (miesiąc to naprawdę długo). W międzyczasie na zewnątrz szkoły zrobią małemu teksty, mierzące jego kompetencje poznawcze. Wychowawczynię poproszą o pisemną opinię o dziecku, operującą na konkretach (czyli nie "dziecko leniwe", ale w jakich sytuacjach przestaje pracować), z propozycjami rozwiązania sytuacji. Poza tym rodzice spróbują przemodelować swoją postawę z przerażono-przepraszająco-błagalnej na konkret i bez konfrontacji czy agresji zaczną zadawać niewygodne pytania: co szkoła robi, żeby rozwiązać problem? skąd tak gwałtowne pogorszenie funkcjonowania dziecka (przez rok przecież nie zgłaszano go do psychologa)? jakie mają propozycje działań (jako fachowcy wszak), które poprawią sytuację? jak dostosowują pracę do możliwości dziecka? dlaczego dziecko nie pracuje na lekcjach i jakie działania podejmuje nauczyciel, żeby je włączyć w rytm pracy? A jednocześnie muszą popracować nad kontaktami z innymi rodzicami, żeby ich nie osadzono w roli agresywnych rodziców tumana. Co o tym sądzicie?
Współpraca i prośba o opinię o dziecku - OK. Zmiana postawy na konkret - jak najbardziej :OK: .Praca nad kontaktami z innymi rodzicami - podstawa!
Ale obawiam się, że niewygodne pytania, to nie jest dobra droga do celu, bo zacznie się nic nie wnoszące - a właściwie wnoszące wrogość odbijanie piłeczki. Na każde z Twoich pytań można odpowiedzieć podobnie, obarczając odpowiedzialnością rodziców. Pogorszenie funkcjonowania dziecka może mieć także źródło w domu albo może nie mieć żadnej zewnętrznej przyczyny. Moim zdaniem takie pytania sugerują, że "wina" jest po stronie nauczyciela. A jeśli tak to odbierze nauczyciel - no to macie już pozamiatane. Nauczyciel przestanie myśleć logicznie nad tym, jak pomóc dziecku, tylko jak ochronić swój wewnętrzny wizerunek świętego, który przecież oczywiście robi wszystko, żeby dziecku pomóc, a jest zupełnie niesłusznie oskarżany przez podłych rodziców. Będzie tylko się doszukiwał winy w rodzicach, nie zmieniając własnej postawy ani na jotę - skupi się na odpieraniu ataków zamiast na pomocy dziecku.

Anchen pisze:Liczą, że psycholog pomoże im porozumieć się z wychowawczynią. Jeśli nie - dalsze instancje, czyli dyrekcja, ewentualnie PPP.
Jak już wspomniałam, myślę, że raczej "ewentualnie kuratorium", niż PPP.
Jeśli mama Przyjaciela ma zamiar porozumieć się z wychowawczynią za pomocą psycholog, to moim zdaniem niestety bardzo marne szanse. Próbowałam takiego działania z pedagog szkolnym, która miała wpłynąć na wychowawczynię, ale było to zawsze odbierane bardzo źle - wychowawczyni czuła się urażona, że rozmawiam o niej poza jej plecami. Myślę, że wychowawczyni, która usłyszy chociażby w najdelikatniejszych słowach, że nie potrafi się porozumieć z rodzicem, to się po prostu wścieknie na tego rodzica. Niezależnie od tego, czy będzie to w jej pojęciu prawda, czy nie.

Anchen pisze:Wiem (bo czytałam), że pewnie dla wielu z Was dublowanie szkoły to żadna nowość, ale dla mnie to okropne i w sumie mniej mi chodzi o aspekt poznawczy, bardziej wychowawczy. A już zupełnie obrzydliwa jest postawa "najsłabszego wywalamy za burtę".
To nie o to chodzi, wcale nie jesteśmy tacy skorzy do przenoszenia dzieci ze szkoły do szkoły. Zasugerowałam to jako lepsze wyjście, niż czekanie, co z tego wyniknie. A miałam wrażenie, że poza rozmowami ta mama nic nie robi. Jeśli jego mama jest świadoma zagrożenia i zamierza stanowczo działać, to ok.

Skrytykowałam "niewygodne pytania", nie dając nic w zamian. Zostawiłam to sobie na koniec ;) .
Jeśli wierzycie, że jest szansa na porozumienie się z wychowawczynią, to moim zdaniem absolutnie nie przez psycholog, ale ewentualnie wspólnie z nią. Czyli spotkanie rodzice-psycholog-wychowawczyni. Jeśli psycholog jest osobą nadającą się na to stanowisko, to tak przygotuje się do rozmowy, że dziecko na tym skorzysta. Moim zdaniem podstawą w takich rozmowach jest protokół - oczywiście nazywany notatkami, żeby "nie umknęły nam ustalenia". Albo kontraktem dla dziecka, w którym swoje zadania mają wszyscy - dziecko, rodzice i wychowawca :twisted: . U nas dobrze działał właśnie kontrakt.
Jednak moim zdaniem jedyną naprawdę niezawodną metodą jest odpowiednie pismo. Trenowałam i do nauczycieli i do dyrektora. Pisma były przeważnie bardzo miłe i sympatyczne, głównie pracowałam wzmacnianiem pozytywnym - bali się tych pism jednak panicznie i żadne nie zostało zignorowane. Można zacząć pisać od nauczycielki, nie trzeba od razu do dyrektora. Odpowiednie pisma mają naprawdę magiczną moc. Była wychowawczyni mojego syna dzięki pismu uwierzyła, że jest dla niego zbawieniem, potrafi wszystko i stanęła po prostu na głowie, żeby mu pomóc. Nigdy w życiu nie potrafiłabym jej tak zmobilizować w najdłuższej nawet rozmowie. W piśmie mogłam przemyśleć każdy detal. Wychowawczyni potem mówiła, że do tego pisma czasem wraca. Pewnie, żeby znowu się poczuć wspaniałą i dobrą, ale dzięki temu naprawdę starała się mojemu synowi pomóc no i dużo pomogła.
Moi synowie są już dorośli, obaj po maturze i obaj usamodzielnieni. :OK:

Przekonałam się, że ani ADHD ani ZA nie jest wyrokiem i staram się szerzyć wiedzę o tym, jak pomóc dzieciom, chociaż uważam, że największe, najpełniejsze i najbardziej wartościowe źródło tej wiedzy znajduje się właśnie tutaj, na tym forum.

dosia.eu - mój blog o wychowaniu

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 23-09-2011 11:54

Dosia pisze: Przepraszam, poszłam na skróty, myślałam, że Przyjaciel ma formalną opinię z PPP. Moim zdaniem to jest absolutna podstawa. Szkoła ma obowiązek dostosować się do opinii z PPP, natomiast wszelkie inne opinie - z terapii, a nawet ta opinia psycholog szkolnej, której można się spodziewać dopiero za miesiąc (strasznie zapracowana ta psycholog :? :roll: ), pełnią funkcje pomocnicze.


Bardzo Ci dziękuję, zwłaszcza że piszę mętnie nad wyraz. Przyjaciel nie ma jeszcze opinii z PPP, ale psycholog szkolna jest z PPP i zajmuje się właśnie tą szkołą. Mama Przyjaciela do niej dotarła z własnej inicjatywy i na terenie PPP, bo młody nie został do niej skierowany przez szkołę. Nie wiem, czy ta opinia pani psycholog, na którą trzeba poczekać miesiąc, jest formalną opinią PPP - sprawdzę - ale to brzmi wiarygodnie i wyjaśnia, dlaczego trzeba na nią czekać, skoro to dokument obowiązujący szkołę. Przepraszam, powinnam była pisać precyzyjniej, że szkolna psycholog = psycholog z PPP odpowiadającej za tę szkołę, ale do Twojego listu wyjątkowość PPP jakoś mi, hm, umykała.

Dosia pisze: "Straszakiem" może być ewentualnie kuratorium.


Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Nie lubię konfrontacji, mam wrażenie, że to nigdy nie działa na korzyść dziecka.

Dosia pisze: Ale obawiam się, że niewygodne pytania, to nie jest dobra droga do celu, bo zacznie się nic nie wnoszące - a właściwie wnoszące wrogość odbijanie piłeczki. Na każde z Twoich pytań można odpowiedzieć podobnie, obarczając odpowiedzialnością rodziców. Pogorszenie funkcjonowania dziecka może mieć także źródło w domu albo może nie mieć żadnej zewnętrznej przyczyny. Moim zdaniem takie pytania sugerują, że "wina" jest po stronie nauczyciela.


Myślę, że masz rację. Nie wiem jednak, jak w inny sposób przekazać szkole, że rodzina nie może wziąć pełnej odpowiedzialności za proces edukacyjny dziecka i jego zachowanie w szkole. Innymi słowy - kiedy mi w domu dziecko nie chce pozbierać zabawek, nie dzwonię do jego wychowawczyni, żeby coś z tym zrobiła. W drugą stronę działa to identycznie. Oczywiście mogę w pełni wspierać szkołę we wspólnie ustalonych działaniach, ale główny ciężar spoczywa na szkole, kiedy dziecko w niej przebywa.

Anchen pisze:Liczą, że psycholog pomoże im porozumieć się z wychowawczynią. Jeśli nie - dalsze instancje, czyli dyrekcja, ewentualnie PPP.


Dosia pisze:Jak już wspomniałam, myślę, że raczej "ewentualnie kuratorium", niż PPP.


Przyznam się, że zupełnie nie znam tego systemu i pisanie do PPP w sprawie niemożliwości porozumienia się z wychowawcą wydawało mi się jakąś ostatecznością. Wolałabym, żeby ta psycholog była raczej mediatorem i pomogła wynegocjować jakiś modus operandi, który będzie najkorzystniejszy dla dziecka: zobaczyła, jak dziecko funkcjonuje w klasie, jak przebiegają zajęcia, porozmawiała z wychowawczynią. Czy PPP takie rzeczy w ogóle robi? Nasza pani psycholog w razie potrzeby jeździ do szkoły, obserwuje, szkoli nauczycieli, więc założyłam - może błędnie - że to norma.


Dosia pisze:Jeśli mama Przyjaciela ma zamiar porozumieć się z wychowawczynią za pomocą psycholog, to moim zdaniem niestety bardzo marne szanse. Próbowałam takiego działania z pedagog szkolnym, która miała wpłynąć na wychowawczynię, ale było to zawsze odbierane bardzo źle - wychowawczyni czuła się urażona, że rozmawiam o niej poza jej plecami.


Po namyśle: masz rację, najlepiej, jeśli to będzie rozmowa trójstronna. W mojej rodzinie całkiem niedawno rodzice próbowali wywrzeć nacisk na nauczycielkę poprzez pedagog szkolną. Po kilku miesiącach musieli przenieść dziecko, niestety już z fobią szkolną, chociaż formalnie nic się nauczycielowi nie dało zarzucić. Ale może uda się zrobić naradę trójstronną.

Anchen pisze:Wiem (bo czytałam), że pewnie dla wielu z Was dublowanie szkoły to żadna nowość, ale dla mnie to okropne i w sumie mniej mi chodzi o aspekt poznawczy, bardziej wychowawczy. A już zupełnie obrzydliwa jest postawa "najsłabszego wywalamy za burtę".


Dosia pisze: To nie o to chodzi, wcale nie jesteśmy tacy skorzy do przenoszenia dzieci ze szkoły do szkoły. Zasugerowałam to jako lepsze wyjście, niż czekanie, co z tego wyniknie. A miałam wrażenie, że poza rozmowami ta mama nic nie robi. Jeśli jego mama jest świadoma zagrożenia i zamierza stanowczo działać, to ok.


Przez dublowanie szkoły rozumiałam nie jej zmianę, tylko dublowanie jej zadań i robienie de facto edukacji domowej, bo tak to teraz wygląda. I nie sądzę, żeby mama nic nie robiła, chociaż z pewnością jest jej ciężko zorientować się w systemie. Mały miał parę lat terapii SI, ale to wszystko działo się prywatnie, podobnie zresztą, jak u nas. Dostawaliśmy zalecenia do pracy w domu i opinie do przedszkola, które były fantastycznie realizowane, bo mieliśmy świetne przedszkole. U nas nadal działają te prywatne opinie, moja szkoła zna ośrodek, z którym współpracujemy, zna naszą psycholog prowadzącą, więc nie poszliśmy do PPP, orzeczenia też nie mamy. I niby wiedziałam, że może być inaczej, czytałam tutaj mnóstwo Waszych listów - a przecież tak naprawdę dotarło do mnie dopiero po tym, co teraz napisałaś, bo wyjątkowość opinii PPP mi jakoś umykała. Bardzo Ci jestem wdzięczna i nie mam wrażenia sponiewierania, jeśli się o to obawiasz. Może się trochę poczułam jak wiejski głupek, ale zasłużenie i ogromnie mi pomogłaś, dziękuję.

Zgadzam się również, że pisma są skuteczniejsze niż słowa, bo zostawiają ślad. Jeśli trzeba będzie, poćwiczymy. Mama Przyjaciela znów poszła do pani psycholog, rozmawiała z wychowawczynią i podobno nie była to zła rozmowa.

Dosia

Awatar użytkownika

Rodzic i nauczyciel

Posty: 11855


Rejestracja:
11-05-2006 02:24

Dzieci: Marcin 23 lata, Piotr 31 lat

Post 23-09-2011 14:21

Anchen pisze:nie mam wrażenia sponiewierania, jeśli się o to obawiasz. Może się trochę poczułam jak wiejski głupek, ale zasłużenie
Rany boskie, Anchen, gdyby nie te Twoje słowa w ogóle nie pomyślałabym, że walnęłam jakąś gafę i że możesz tak się poczuć. :shock:
Wiesz, kiedy opisujesz sytuację i prosisz o uwagi, to zwyczajnie piszę, co wiem i to, co uważam, że może pomóc Twojej koleżance. Nawet mi przez głowę nie przeszło, że potraktowałam kogokolwiek jak głupka, jeśli tak - to bardzo przepraszam. Jeśli Ci to poprawi humor, to powiem Ci, że ja, kiedy miałam młodszego syna w wieku Twojego, to nawet nie zaczęłam myśleć o jego dysfunkcjach, nie miałam pojęcia o kompletnie niczym, nie tylko o jakiejś wadze opinii z PPP. A starszy w ogóle nie otrzymał żadnej mojej pomocy w wieku wczesnoszkolnym, wspólnie z nauczycielami uważałam go za zdolnego lenia...

Nie piszę tutaj po to, żeby się wymądrzać, wywyższać, czy pokazywać komuś niewiedzę, tylko żeby pomóc. Przynajmniej taką mam nadzieję, że moje pobudki są wzniosłe i szlachetne, ale skądinąd wiadomo, że człowiek jest wzniosły i szlachetny wyłącznie po to, żeby się lepiej poczuć, więc koło się chyba jednak zamyka. :lol: W każdym razie poprawianie mojego samopoczucia raczej nie polega na tym, że "wiem lepiej niż Ty", tylko na tym, że "mam dziecko po przejściach, już to jest prawie za nami (chociaż nie do końca)".

Nie wiem, gdzie na forum wyczytałaś, że dublujemy szkołę :) . Fragment "nie dzwonię do wychowawczyni, kiedy mi dziecko nie chce zjeść zupy" jest powtarzany tu dość regularnie. ;) Zgadzam się z Tobą w pełni, i z tego co wiem, większość innych forumowiczów też, że problemy dziecka w szkole ma załatwiać szkoła. Problem w tym, żeby szkole to skutecznie wyjaśnić.
Moi synowie są już dorośli, obaj po maturze i obaj usamodzielnieni. :OK:

Przekonałam się, że ani ADHD ani ZA nie jest wyrokiem i staram się szerzyć wiedzę o tym, jak pomóc dzieciom, chociaż uważam, że największe, najpełniejsze i najbardziej wartościowe źródło tej wiedzy znajduje się właśnie tutaj, na tym forum.

dosia.eu - mój blog o wychowaniu

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 23-09-2011 15:29

Dosiu, absolutnie nie poczułam się źle potraktowana, Twoje uwagi były rzeczowe i delikatne do bólu. Naprawdę. Ale niektóre rzeczy powinnam sama wiedzieć i popatrz, nie wiedziałam - co jest jeszcze jednym argumentem pokazującym, jak bardzo to forum jest potrzebne. Bo jednak człowiek w emocjach nie myśli trzeźwo i miota się bez sensu.

Napisałam, że jest OK, bo na podstawie jednego fragmentu:
"Skrytykowałam "niewygodne pytania", nie dając nic w zamian. Zostawiłam to sobie na koniec ;) ")

odniosłam wrażenie, że się niepokoisz, jak to odbiorę. Otóż dajesz bardzo dużo i po to tu piszę, żeby usłyszeć nie echo własnych słów, ale opinię kogoś o większym doświadczeniu. Ufff. I mam nadzieję, że nie sprawiłam Ci przykrości. Absolutnie nie było to moim celem, uspokajałam Cię w kwestii mojego stanu psychicznego.

Który jest wyśmienity! Albowiem z tego zmartwienia się nie pochwaliłam, co nasza Pani Psycholog nam wczoraj powiedziała. Mamy się dużo bawić, spotykać z przyjaciółmi, spędzać miło i niespiesznie czas, a mniej się terapeutyzować, bo nie potrzebujemy. Jest dobrze, kochani, aż się boję to napisać!

I zapowiada się taki piękny weekend. Konkurs planszówek bodajże na Politechnice, braciątko nas ciągnie, i granie w piłkę nożną z Przyjacielem, i Jaś wybiera się łowić ryby (ratunku!), i jego kumpel ze szkoły chce nas odwiedzić, wprawdzie ma chorą siostrzyczkę, ale mam się nie martwić, zapewnił mnie solennie, że zostawi ją pod blokiem, w ogródku :lol:
Szkoda, że ma Muzeum Powstania Warszawskiego są za mali.
Następna

Wróć do Nadzieja, czyli o naszych pociechach pozytywnie



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika

cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group.
Designed by Vjacheslav Trushkin for Free Forums/DivisionCore.