Forum     Forum - powrót na pocztek forum Portal - powrót na ADHD.org.pl Office Bogdan Mizerski

Zainteresowania, frustracja... I jeszcze parę innych rzeczy.

Moderator: Moderatorzy

Klara Anna

Posty: 9


Rejestracja:
10-12-2017 14:43

Post 17-12-2017 14:56

Zainteresowania, frustracja... I jeszcze parę innych rzeczy.

Cześć. Wyżalam się. Postaram się streścić, ale mam tendencje do rozpisywania.

Jestem mega sfrustrowana.

Chodzi mi o moją pasję. Jedyne, co mi ostatnio daje jakąkolwiek chęć do funkcjonowania. Mianowicie rysowanie na tablecie. Niestety, jest to dosyć czasochłonne, jak się chce zrobić coś konkretniejszego. Odkładam swoją pasję na później. Zawsze jest coś innego do zrobienia... A ja zawsze nie wyrabiam się nawet z obowiązkami. Kalendarze nie pomagają, czas przecieka mi przez palce, siadam na moment i mija pół godziny... Co ja mam robić? Próbowałam żelaznie trzymać się np. godziny rysowania dziennie, ale moje pomysły swoje, a życie swoje. Help! Im dłużej nie rysuję, tym bardziej się cofam w tym, co już wypracowałam...

Niestety, zostałam tak nauczona, że "najpierw obowiązki, a potem przyjemności", tylko wszelkie zainteresowania polegające na tworzeniu jakimkolwiek trzeba regularnie ćwiczyć... Poza tym, to nie tylko "przyjemność", ale czasami także pot i łzy, jak nic nie wychodzi. Tego już mi nikt nie powiedział.

Jestem na studiach i w kropce jednocześnie. Wróciła mi chyba deprecha. Nie aż z takim uderzeniem, jak w liceum, ale lekko też nie jest. Mam wrażenie, że jestem do niczego. Ledwo zdaję, a kierunek, mimo, że nie był moją "mega-pasją" (filologiczny, język obcy, 3 rok), to jednak go lubiłam i to nie był wybór kompletnie bez zastanowienia. Próbuję się uczyć, ale zapału mam mało, bo szybko zapominam. Czuję się tak, jakbym wlewała wiedzę do naczynia z jakąś dziurą. Ciężko mi się zabrać do obowiązków, już w myślach się nawet poganiam do nich, ale to się wiąże z dosyć długim "nastrajaniem" do czegokolwiek. Zawieszam się w swoich myślach zbyt często, nie panuję nad tym, choć próbuję...
Generalnie nie uważam, żeby nauka sama w sobie była czymś złym, lubię się dowiadywać nowych rzeczy we własnym zakresie... Tylko, żeby jeszcze zostawały w głowie na dłużej...

Nie radzę sobie praktycznie z niczym. Z terminami, obowiązkami. Ze sprzątaniem. Nie nadaję się chyba do żadnej pracy, a przecież muszę do jakiejś iść za jakiś czas. Pewnie pójdę do pierwszej lepszej i będę wegetować od weekendu do weekendu, jak większość osób po 25 roku życia (mam 22). Jeszcze rok temu chciałam mieć dzieci, a teraz poważnie się nad tym zastanawiam. Mogę je skrzywdzić swoim nieogarnięciem.

A ja chciałam być szczęśliwa. Tylko. Nie, żeby olewać obowiązki, czy coś. Nie chciałam mieć wielkiego domu, ani milionów na koncie, byleby nie żyć w kompletnej nędzy. Plus to szczęście. Czyli, że po przekroczeniu pewnego progu jesteśmy przegrani w tej kategorii? To jaki ma to wszystko sens?

Od dzieciństwa jestem rozlazła, rozwlekła. Miewam chwile "szybkości", ale to tylko chwile. Od zawsze słyszałam "pospiesz się", "nikt na ciebie nie będzie czekał" itp. Jestem wcześniakiem, jako maluszek podobno prawie wcale nie płakałam, nawet jak zmoczyłam pieluchę. Na początku słuchałam rodziców. Mama twierdzi, że mogła położyć tarkę na brzegu blatu i gdy mi powiedziała, że mam jej nie ruszać, to nie ruszyłam. Potem coś się stało takiego, że przestałam słuchać. Mama nawet mnie zaprowadziła na badanie słuchu, które nic nie wykazało... :,D

W podstawówce naprawdę dobrze się uczyłam. Miałam średnią 5.70 (!) w szóstej klasie, tylko jakim kosztem. To znaczy, wtedy nie było aż tak źle. W gimnazjum miałam świadectwa z paskiem. Nie do końca lubiłam się uczyć. Wolałam robić coś innego. No, ale kazali, to się uczyłam. Było parcie na bycie "naj", porównywanie (co mnie doprowadzało do szewskiej pasji), plus robiłam wszystko zbyt długo. Zakuwałam. Powiązywałam co prawda logicznie informacje, ale jak tak sobie teraz myślę, to powtarzałam je wręcz maniakalnie. Czasem mnie bolała głowa od tego. Tylko przedmioty ścisłe nie szły mi zbyt dobrze, więc miałam gorsze oceny, ale o to się nikt nie czepiał aż tak, bo rodzice wiedzieli, że matematyczką nie jestem i nie będę. Jak mi ktoś teraz mówi, że w gimnazjum było łatwo, mam ochotę go porządnie trzepnąć. Nie było warto uczyć się na te piątki. Teraz nikt się o to nawet nie potknie.

W 3 gimnazjum, pod koniec, coś się zaczęło dziać dziwnego. Zawaliłam kartkówkę, której byłam pewna, że dobrze ją napiszę. To znaczy, nie chodzi mi docelowo o tę właśnie kartkówkę. To nie ona to spowodowała. Chodzi mi o całokształt. Poszłam do liceum, rodzice odpuścili, a ja przestałam się wyrabiać. Byłam w liceum plastycznym, więc miałam przedmioty ogólne i artystyczne. Niestety, ludzie ze zwykłych liceów wychodzili o 14, a ja po 16 albo nawet po 19. No, ale sama chciałam.

A teraz jestem na studiach. Nie poszłam w rysowanie, bo chciałam to robić równolegle we własnym zakresie. Nie wyszło, jak widać. Poza tym, wiecie, ogólna opinia jest taka, że na rysowaniu to się nie zarobi. Tak jak i taka, że w plastyku nie zdaje się matury. Noo, jakoś zdałam, i to rozszerzoną. W każdym razie, psychicznego wsparcia od rodziców nie mam, skończyło się po gimnazjum. Tak to odczuwam. A materialnie jest naprawdę u nas dobrze, nie narzekam...
Mama odciągała mnie od liceum plastycznego (bo praca!!! a sama pracuje w wymarzonym zawodzie), reszta rodziny też, "nie idź, nie idź!", a tata cisnął, żeby tam pójść (bo zainteresowania!! on ma pracę niezwiązaną ze swoimi). Teraz też niby próbuje mnie wspierać, ale mam wrażenie, że to jest tylko wsparcie "dorywcze", i że jest na wyrost, taki jakby marzyciel z niego i nie ma pojęcia zielonego, na jakim poziomie są moje umiejętności. I jaki jest rynek pracy.

Wypisałam się. Nie wiem, co mam ze sobą teraz zrobić. Nic nie wiem...
Dzięki za przeczytanie każdemu z osobna. A za ewentualną radę jeszcze bardziej.

dreptak

Awatar użytkownika

Terapeuta

Posty: 13307


Rejestracja:
20-02-2005 21:41

Lokalizacja: Warszawa

Post 17-12-2017 23:25

Robienie czegoś wbrew sobie "bo rodzice kazali" jest krótką ścieżką do depresji.
Polecam coaching. To pomaga w odnalezieniu się w życiu.
Istnieją doradcy zawodowi, którzy mogą pomóc odnaleźć się w życiu.

Znam jedną młodą malarkę, która już dziś nieźle zarabia tylko na malowaniu, więc nie jest tak, że ze sztuki nie można wyżyć. Tylko trzeba znaleźć swój oryginalny styl i poszukać grupy odbiorców.
Kilka lat temu obejrzałem prace studentów ASP i się podłamałem. Poziom warsztatowy owych TFUrców był beznadziejny a pomysł na dzieła jeszcze słabszy. Sądzę, że oni nie pożyją ze sztuki.
W takim towarzystwie można zabłysnąć. Może to kiepska motywacja, ale...

mk1

Posty: 4


Rejestracja:
13-04-2017 05:57

Lokalizacja: woj. kujawsko-pomorskie

Ja: zdiagnozowane ADHD

Post 19-12-2017 21:12

Klara Anna pisze:Poza tym, wiecie, ogólna opinia jest taka, że na rysowaniu to się nie zarobi.


Ale w tym społeczeństwie chyba na niczym interesującym nie da się dużo zarobić, nie tylko na rysowaniu. Przykład z mojej branży: osoba optymalizująca wydajność widmową systemu komunikacji bezprzewodowej, co wymaga znajomości bardzo zaawansowanej matematyki i fizyki, zarabia mniej więcej tyle samo co osoba wykonująca w garażu niskiej jakości anteny.

dreptak

Awatar użytkownika

Terapeuta

Posty: 13307


Rejestracja:
20-02-2005 21:41

Lokalizacja: Warszawa

Post 20-12-2017 07:51

a taka osoba, która rozwija systemy gier komputerowych dzięki doskonałej znajomości fizyki i matematyki zarabia krocie,
Wszystko zależy od tego jak kto umie się sprzedać i sprzedać swoje umiejętności.

Klara Anna

Posty: 9


Rejestracja:
10-12-2017 14:43

Post 23-12-2017 01:27

dreptak pisze:Robienie czegoś wbrew sobie "bo rodzice kazali" jest krótką ścieżką do depresji.


Dreptaku, teraz to wiem. Ale co ja mogłam na ten temat wiedzieć w szkole podstawowej? W gimnazjum taki wniosek zaczynał mi się powoli "wyklarowywać", ale co z tego. Żałuję, że zmarnowałam najlepsze lata, gdy mózg był bardzo chłonny, na spełnianie cudzych oczekiwań i uczenie się rzeczy przydatnych poniekąd, ale tylko do krzyżówek. (Taak, wiem, "wiedza ogólna poszerza horyzonty" i warto mieć jakiś punkt zaczepienia z tej wiedzy, ale PUNKT, a nie stosy książkowych definicji... Ile tak naprawdę z niej teraz pamiętamy, 30%?) Teraz może byłabym dziesięć poziomów wyżej w swojej dziedzinie. A tak - do wszystkiego i do niczego. :(

Brak wcześniejszego doświadczenia w pewien sposób powinni rekompensować rodzice... Przynajmniej na początku. A jak sami w niektórych obszarach ich nie mają, lub mają nieaktualną, ale ją wciskają dzieciom... :/



dreptak pisze:Polecam coaching. To pomaga w odnalezieniu się w życiu.
Istnieją doradcy zawodowi, którzy mogą pomóc odnaleźć się w życiu.


Szczerze powiedziawszy, do coachingu podchodzę ostrożnie. Swego czasu karmiłam się motywacyjnymi filmikami :,D Podobno coaching nie bierze pod uwagę realiów życia i zbyt dużo upraszcza... Prawda to? Nie chcę tu niczego podważać, po prostu się zastanawiam. A może to zależy od coacha?

Doradcy zawodowi to może być świetny pomysł. Skorzystam :D

dreptak pisze:Kilka lat temu obejrzałem prace studentów ASP i się podłamałem. Poziom warsztatowy owych TFUrców był beznadziejny a pomysł na dzieła jeszcze słabszy. Sądzę, że oni nie pożyją ze sztuki.


Zależy, jakiego ASP. Jedne trzymają poziom, a inne nie, jak to w szkołach bywa. O tym najbliżej mnie krążą niezłe historie o wysokich wymaganiach wykładowców :D A czasami poziom szkoły bazuje tylko na legendzie sprzed 20 lat :,D

Najgorzej jest, gdy nauczyciel/wykładowca wcina się człowiekowi w twórczość, kompletnie nie rozumiejąc dążeń ucznia... Niestety, miałam okazję posmakować takiego czegoś, dlatego obawiałam się, że ASP też będzie mi się narzucało z pewnymi "manierami". W plastyku miałam takie sytuacje. Raz malowałam martwą naturę, chciałam zrobić dalsze partie mniej wyraziste, a te z przodu mocne. Moja nauczycielka podeszła do mnie i kazała mi zrobić te dalsze dużo ciemnej. Efekt? Płaska bebelucha...

Albo jak raz przyniosłam szkice z perspektywą w drugiej klasie, bo stwierdziłam, że je poćwiczę, bo tego nie opanowałam do końca. A kobitka mi powiedziała, że "no tak, ale takie rzeczy to my robiliśmy w 1 klasie"... Taak, raptem 2 tygodnie suchej perspektywy, a potem już tylko na docelowych pracach. Miałam ochotę "przeprosić", że się w ogóle wychyliłam. No bo jak tak mogłam wracać do tego, co już było?!

Generalnie tę nauczycielkę szanowałam. Miała wielką wiedzę artystyczną i życiową ogólnie. Tylko sporadycznie wyskakiwała z takimi dziwactwami...

Albo historia mojej koleżanki z pleneru. Nasza klasa była podzielona na dwie grupy z malarstwa. Moją miała kobitka, która nie tolerowała wszelkiego rozmazywania, czy to farb olejnych szmatą, czy to ołówka palcem. Drugą grupę uczył facet. On był bardzo za rozmazywaniem.
Ta moja koleżanka namęczyła się nad olejnym obrazkiem. Zrobiła takie ładne góry w tle... Dumna z nich była. Poszła na konsultacje, ale naszej nauczycielki nie było akurat. Oceny jej pracy podjął się nauczyciel. I generalnie było w porządku, "ale"... Wziął szmatę i rozmazał jej te piękne góry :,D Dziewczyna wściekła wróciła do naszego pokoju :D

Albo o jeszcze innej koleżance, z tego samego pleneru. Mega utalentowana dziewczyna z malarstwa. Miała same szóstki. Ale na plenerach trzeba było zdążyć zrobić wszystkie prace na czas. I tylko widziałam, jak ta biedna dziewczyna męczyła ten sam obraz codziennie i próbowała go skończyć do końca tygodnia, bo musiała... Już nie mogła, twierdziła, że zaraz to rzuci, aż przykro było patrzeć, jak praca w nie swoim trybie może skrzywdzić człowieka.

dreptak pisze:W takim towarzystwie można zabłysnąć. Może to kiepska motywacja, ale...

A potem gwałtowne zderzenie z rzeczywistością :,D
Tak sobie myślę, że chyba lepiej rywalizować z samym sobą... Przynajmniej się człowiek nie rozleniwi ani poprzeczka nie będzie zbyt wysoko :D

dreptak

Awatar użytkownika

Terapeuta

Posty: 13307


Rejestracja:
20-02-2005 21:41

Lokalizacja: Warszawa

Post 23-12-2017 18:43

Sam czasem uprawiam coaching i jestem nieco innego zdania.
Coaching pozwala na znalezienie swoich mocnych stron i pomaga wymyślić jak można swoje mocne strony spożytkować. A na koniec pozwala utwierdzić się w dążeniu do celu.
Nie wiem kto Ci naopowiadał tych bzdur o upraszczaniu.
Oczywiście bardzo dużo zależy od coacha, w każdym zawodzie znajdą się... jakby to delikatnie powiedzieć... mniej fachowi.

Wspominałem o studentach ASP w Warszawie na Krakowskim Przedmieściu. Sądzę, że dominował wśród nich prymitywizm albo zwyczajne nieuctwo. Jestem kompletnym beztalenciem w tej dziedzinie sztuki ale potrafiłbym to lepiej namalować. A może się nie znam i nie poznałem się na wyższej sztuce :)
Popełniłem kilka "dzieł" w moim życiu ale nigdy się nie odważyłem komuś tego pokazać!

Wróć do Jestem oryginalny... i co dalej



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group.
Designed by Vjacheslav Trushkin for Free Forums/DivisionCore.