Forum     Forum - powrót na pocztek forum Portal - powrót na ADHD.org.pl Office Bogdan Mizerski

Dyskusja o artykule Anchen "Półeczka"

Moderator: Moderatorzy

Dosia

Awatar użytkownika

Rodzic i nauczyciel

Posty: 11855


Rejestracja:
11-05-2006 02:24

Dzieci: Marcin 23 lata, Piotr 31 lat

Post 07-09-2012 12:28

Dyskusja o artykule Anchen "Półeczka"

Link do tego artykułu na portalu: Półeczka

Anchen pisze:Półeczka

Mamy przyjaciół. Małżeństwo. Ich praca jest nie tylko sposobem zarobkowania, ale również pasją, która organizuje im większość wolnego czasu. On – w swojej dziedzinie wybitny specjalista, dusza towarzystwa o błyskotliwej inteligencji. Ona – urocza, troskliwa, działa społecznie, pomogła mnóstwu ludzi. Dużo podróżują, mają przyjaciół na całym świecie. Uwielbiam się u nich zatrzymywać, bo to taki dom, w którym zawsze można liczyć na ciekawe opowieści, nowe książki i filmy, gdzie pamiętają, jaki rodzaj herbaty gość najbardziej lubi i nawet jeśli wyjeżdża pociągiem o 5 nad ranem, dostanie na śniadanie gorące croissanty.

A ich syn ma oddzielną półkę w lodówce.
lodowka.jpg
lodowka.jpg (159.71 KiB) Przeglądany 1747 razy

Nigdy nie podzielał zainteresowań rodziców, nie stali się jego mistrzami i przewodnikami. Przez ich dom przewinęło się wielu obcych młodych ludzi. Niektórzy nie tylko żyli tą samą pasją, co rodzice i chcieli się od nich uczyć, ale też miałam wrażenie, że wchodzili w rolę ich dzieci. Tymczasem ich własny syn znikał w swoim pokoju i włączał komputer.

Nie umiem przestać o tym myśleć, kiedy się z nim spotykam w kuchni jego rodziców, a on bierze bułkę i serek ze swojej półki, po czym uśmiecha się i znika u siebie. Coś poszło nie tak, dramatycznie nie tak, jak potrzeba.

Nowi uczestnicy pojawiają się na forum zwykle w chwili kryzysu, niekiedy bardzo głębokiego, a my wówczas polecamy terapię behawioralno-poznawczą, analizujemy zachowanie dzieci, pomagamy zakreślać granice, przygotowywać systemy żetonowe, kontrakty, ustalać hierarchię domową i budzić w sobie ponurego dominatora. Nie wątpię, że są to rzeczy istotne, ale sporo kłopotów sprowadza się do zwichrowania relacji z własnym dzieckiem. Wobec tego hierarchie, kontrola, dominacja wydają mi się znacznie mniej istotne.

Myślę, że może za mało piszemy o budowaniu więzi z dziećmi. My budujemy więź poprzez ulubione rodzinne zabawy. Rozmowy i obecność. Rytuały, te codzienne, jak czytanie książek, i te coroczne, jak nastawianie ciasta na świąteczne pierniczki w Dzień Niepodległości. Weekendowe seanse filmowe. Spotkania z przyjaciółmi. Wycieczki rowerowe. Uczymy naszych synów spędzać wspólnie czas i uczymy ich, że warto należeć do naszej rodziny, bo rodzina to nie tylko obowiązki, ale i przyjemności. Osobiście uważam, że przyjemności przeważają nad obowiązkami: gdybym czuła inaczej, natychmiast zabrałabym się do zmieniania układu.

Układ jest istotnym słowem, bo w rodzinie wszystkie elementy oddziałują na siebie. Owszem, czasami dziecko jest przeraźliwe oddzielne, ale założenie, że wyłącznie ono dopasuje się do naszych pasji i naszego stylu życia, pozostaje cokolwiek naiwne - a może tylko ponura zawiść przeze mnie przemawia, bo my bardzo wiele z powodu naszych dzieci zmieniliśmy.

Moim Biczem Bożym na siedmiolatka są opowieści i właśnie ten kluczyk odkryłam, kiedy miał dwa lata i jeśli coś mu nie odpowiadało, potrafił drzeć się trzy godziny bez przerwy. Jestem podstępnym Atyllą narracji, więc młody nie zagniata ciasteczek, tylko specjalne herbatniki ANZAC, które bohaterskie córy Australii wysyłały swoim synom i mężom podczas pierwszej wojny światowej, a zagniataniu towarzyszy nieodzowny wykład na temat wojny, uzbrojenia oraz regulaminów tworzenia okopów. Niestety, moją uroczą latorośl interesuje technologia i dotąd pamiętam swoją grozę, kiedy trzylatek zapytał mnie: „Mamo, co to jest prąd stały?”. Chodził i zbierał klocki do koszyczka, mówiąc, że to molekuły.

Przez następne cztery lata dowiedziałam się mnóstwo rzeczy od tych cholernych molekułach i przeczytałam kilka książek Stephena Hawkinga, powoli rozszerzając granice zainteresowań syna i mojej wiedzy. Ale kluczowe jest to, że po prostu się bawiliśmy, ucząc go, że inni ludzie są źródłem przyjemności.

Piszę ten felieton mozolnie od kilku tygodni, bo w pewnym sensie jest zapisem mojej nieufności wobec systemów żetonowych, regulaminów, strategii dominacji etc., jeśli staną się dominującym narzędziem układania relacji w rodzinie. W bardzo wielu sytuacjach pomogą, ale mają szansę zadziałać, jeśli istnieje mocna więź dzieci z rodzicami, więź, która nie jest oparta na lęku, tylko szacunku i miłości. Ponadto za każdym razem trzeba dogłębnie przemyśleć, co chcemy osiągnąć i jak dopasować strategię do konkretnej rodziny. Dla niektórych dzieci odejście od rutyny i nieprzewidywalność będzie źródłem tak potężnych lęków, że trzeba je eliminować. Inne żyją w takim chaosie, że jakaś rutyna jest niezbędna. U nas akurat niezwykle istotne jest uczenie austycznego dziecięcia spontaniczności, więc wspólne rodzinne śniadanie w łóżku, przed telewizorem, wbrew wszelkim zasadom, z prześcieradłem pełnym okruszków oraz wymazanym jagodowym dżemem, jest bezcenne. Bezcenne jest również uczenie go, że oprócz sprawiedliwości istnieje miłosierdzie, wybaczenie i miłość, która wszystko przetrzyma.

Chciałabym też, żeby zapadły mu w pamięć te chwile, kiedy nie uciekałam w pucowanie łazienki (chociaż łazienka doprawdy wołała o pomstę do nieba) ani w wyplatanie własnych koszyków (chociaż uwielbiam własne koszyczki), tylko dawałam się namawiać na budowanie na środku dużego pokoju statku kosmicznego z fotela, stolnicy, kasy fiskalnej, starego faksu, zepsutych joysticków oraz zabytkowego telefonu i nawet zostawałam nieszczęsnym Yodą. Ja wciąż pamiętam, jak dorysowywałam dziadkowi na mapach – był geodetą – zamki, rycerzy i księżniczki, a dziadek wprawdzie dostawał szału, ale potem dorysowywał konie i galopowaliśmy na kuchennych krzesłach. Te wszystkie chwile to była taka nasza długa, wspólna półeczka wspomnień, zabaw, przyjemności. Bardzo się przydawała w ciężkich czasach.

Przeraża mnie myśl, że pewnego dnia mogłabym obudzić się z dzieckiem, zdyscyplinowanym, układnym, kulturalnym dzieckiem, które ma oddzielną półeczkę w lodówce.


Zapraszam do dyskusji!
Moi synowie są już dorośli, obaj po maturze i obaj usamodzielnieni. :OK:

Przekonałam się, że ani ADHD ani ZA nie jest wyrokiem i staram się szerzyć wiedzę o tym, jak pomóc dzieciom, chociaż uważam, że największe, najpełniejsze i najbardziej wartościowe źródło tej wiedzy znajduje się właśnie tutaj, na tym forum.

dosia.eu - mój blog o wychowaniu

Dosia

Awatar użytkownika

Rodzic i nauczyciel

Posty: 11855


Rejestracja:
11-05-2006 02:24

Dzieci: Marcin 23 lata, Piotr 31 lat

Post 07-09-2012 15:24

Zgadzam się z Tobą, Anchen, stanowczo za mało piszemy o roli zabawy, wspólnego spędzania czasu z dzieckiem i bardzo się cieszę, że znalazł się na naszym forum ktoś, kto stara się nam o tym regularnie przypominać.

Dla większości rodzin naturalne są wspólne posiłki czy rozmowy, ale myślę, że już z czytaniem, grami i zabawami jest znacznie większy problem. Z jednej strony strony winny jest brak czasu - ale z drugiej brak wzorca w domach rodzinnych rodziców, w których zwykle także oboje rodzice pracowali i nie mieli czasu na zabawę z dziećmi. W efekcie, nawet jeśli mielibyśmy czas dla dziecka, to nie zawsze potrafimy go spędzić razem, bo często powtarzamy model rodziny, który znamy z dzieciństwa, zmieniając w nim tylko to, co wywoływało nasz ostry sprzeciw.

Myślę, że trzeba to sobie tylko uświadomić, żeby uzupełnić ten model o dobry czas spędzany z dzieckiem.
Moi synowie są już dorośli, obaj po maturze i obaj usamodzielnieni. :OK:

Przekonałam się, że ani ADHD ani ZA nie jest wyrokiem i staram się szerzyć wiedzę o tym, jak pomóc dzieciom, chociaż uważam, że największe, najpełniejsze i najbardziej wartościowe źródło tej wiedzy znajduje się właśnie tutaj, na tym forum.

dosia.eu - mój blog o wychowaniu

maciej

Awatar użytkownika

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 2715


Rejestracja:
09-01-2008 17:16

Lokalizacja: Inowrocław

Post 07-09-2012 16:53

Jestem zdecydowanie za zabawą. Tak buduje się wspólne relacje. Nigdy nie zapomnę wspólnego budowania z Lego, i to nie tylko wg podanego wzoru a może przede wszystkim wbrew jego wytycznym. Powstawały wtedy "nieziemskie" pojazdy i tym podobne tworu. Teraz już tego nie robimy ale pozostała wspólna więź i wiele wspólnych tematów, które są kontynuowane.

Wspólne wypady do kina obowiązują nadal i bardzo się z tego cieszymy.

Aby namówić Michała do czytania musiałem włożyć sporo wysiłku. Teraz zbieram owoce, jak zaczął czytać książki ( różne) to czasami trudno go od nich odgonić.

A co do półeczki w lodówce?! W naszej byłoby puste miejsce bo dla Michała mógłby istnieć tylko suchy chleb i woda. :lol:

PS. Anchen Yoda jest tylko jeden. :wink:
Michał 18 lat ADHD

kaskada

Dama/Kawaler Srebrnego Orderu ADHD

Posty: 71


Rejestracja:
05-01-2012 13:11

Dzieci: syn 8 lat adhd /ZA? , syn 6 nadmiar energii:)

Post 09-09-2012 07:29

Anchen, artykuł super., ja zresztą wszystkie na tym portalu :))

Też się intensywnie zastanawiam na tym o czym pisałaś. Żeby nam świat zasad, dominacji itp nie przesłonił relacji z dziećmi i budowania z nimi więzi, zwyczajnej bliskości w rodzinie.

A u nas swego czasu budowanie bliskości było cholernie trudne, bo były momenty, że ja swojego dziecko nie lubiłam ( wiem, że to okropne i nie powinna o tym mówić ale tak było). Kochałam z całego serca ale chwilami nie lubiłam. Naprawdę myślałam, że on tak sam z siebie,bo ma taki charakter bywa złośliwy, nieczuły, że celowo mnie nie słucha, pyskuje itp. Nie rozumiałam jego zachowań i mimo najszczerszych chęci nie umiałam sobie z nimi radzić. W czasie awantur z bratem, gdy młody po raz kolejny został pogryziony , popchnięty, uderzony w głowę a starszy wpadał w furie bo chciał jeszcze raz uderzyć a ja nie pozwalałam- popadałam w czarną rozpacz.
To był naprawdę okropny czas, straszny. I ten czas wcale to a wcale nie sprzyjał budowaniu więzi. Niespecjalnie miałam ochotę na wspólną, z chłopakami, zabawę bo często taka zabawa kończyła się kolejną karczemną awanturą . Czułam się raczej cały czas jak więzienny strażnik, który pilnuje, żeby mu się więźniowie nie pozabijali na jego zmianie. Macierzyństwo generalnie rzecz biorąc mnie wykańczało.

I wtedy trafiłam na to forum. Był psycholog, warsztaty, jest Skotnicka . I powoli porządkujemy dom, zasady w nim panujące. Dłuuuuuuuuga droga jeszcze przez nami ale już widzę ogromną zmianę. Tegoroczne wakacje z chłopakami były super. Pierwszy raz pojechałam też z nimi sama na dłużej, co jeszcze dwa lata temu nie mieściło mi się w głowie. I bawiłam się świetnie. I oni też:)

I wydaje mi się, że w przypadku dzieci takich jak nasze,- zasady , żetony , dominacja- dają fundament, bazę, która pozwala na budowanie bliskości i więzi z dzieckiem. To jest taki szkielet na którym się tworzy rodzinną bliskość i relację. Tak to przynajmniej zadziałało u nas:).

A co do Twoich znajomych. To , że syn ma osobną półkę i niespecjalnie przepada za towarzystwem znajomych rodziców wcale nie znaczy , że brak jest tam bliskości. Może w przeciwieństwie do nich ( raczej ekstrawertyków z tego co piszesz) woli domowe pielesze, swój pokój, swoje krzesło a goście w domu zwyczajnie mu przeszkadzają i w jego mniemaniu zakłócają codzienną rutynę.
A może przechodzi okres buntu nastoletniego? . Ja w wieku 15/16 lat tak nie lubiłam swoich rodziców , że się wyprowadziłam na 2 miesiące do babci:))

hugolinka

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 114


Rejestracja:
27-03-2009 10:34

Lokalizacja: Wrocław (okolice)

Post 13-09-2012 07:15

Bardzo poruszył mnie Twój felieton. Do tego stopnia, że pomimo iż codziennie tutaj zaglądam i czytam, ale nie zabieram głosu. Teraz postanowiłam się odezwać. Tylko pozazdrościć Twoim dzieciakom rodziców :) Nie byłam dzieckiem, któremu zabraniano zabawy w piaskownicy, błocie, jazdy rowerem czy innych rzeczy.W moim rodzinnym domu jednak niewiele było czasu na zabawę i wspólny czas. Przecież musiał być pyszny obiad z dwóch dań i deseru, nieskazitelny porządek, wszystko wyprane, wyprasowane i poskładane jak od linijki, odrobione lekcje (nawet te tylko dla chętnych - pomimo że chętnego brakowało ;)) itd. Do tej pory mam wspomnienia ze szlaczkami w "zerówce", bo trzeba było je wcześniej "na brudno" ze trzy razy, żeby w zeszycie pięknie wyglądało. Wszystko zmieniało się gdy wracał z pracy TATA... oj cudnie było. I jest do tej pory. To taka więź, której nigdy nic nie zmieni. Bardzo kocham, szanuję moją mamę. Jestem wdzięczna za wszystko co zrobiła dla mnie, ale... :)

Anchen fajnie, że doceniasz takie rzeczy. To z pewnością zaprocentuje

MamaExpresika

Wsparcie

Posty: 1050


Rejestracja:
16-02-2012 19:29

Dzieci: Expresik 7 lat i 3 mc - prawdopodobnie ADHD (zdania uczonych są podzielone)

Ja: PPP sądzi, że mam ADHD ;)

Post 13-09-2012 08:59

Anchen pisze:Przeraża mnie myśl, że pewnego dnia mogłabym obudzić się z dzieckiem, zdyscyplinowanym, układnym, kulturalnym dzieckiem, które ma oddzielną półeczkę w lodówce.


Oj i mnie przeraża taka wizja ...
U nas jest tak, że ja praktycznie po powrocie z pracy nie robię nic - tylko spędzam czas z Expresikiem. Piętrzy się góra prasowania. To nic - zrobię sobie wolne raz na jakiś czas i poprasuje, gdy Młody w szkole. W weekendy staramy się robić wspólne wypady. Czy na rower, czy na łono przyrody, czy jakąś wystawę, ewentualnie imprezę oraz obowiązkowo rytualne wspólne zakupy. Bawię się z Młody - jestem jego kompanem, w weekendy gotujemy wspólnie obiady i rozwieszamy pranie. Nawet jak padam, bo mi szkielet odmawia posłuszeństwa - to synek kładzie się obok i robimy teatrzyk. Poświęcam mu czas, bo ... Bo gdy byłam dzieckiem moja mama miała tysiąc spraw do załatwienia, ciągle była zmęczona. Tata ze mną grał w bierki, warcaby, łapki, czołgał się po podłodze, robił samochód z krzeseł i niestety to z nim czułam się bardziej związana i w nim miałam większe wsparcie. Mój tata mnie akceptował z całym dobrodziejstwem inwentarza, a mama usiłowała zmieniać w swój wyidealizowany obraz grzecznej dziewczynki. W zamian zyskała ogromny opór, prawdziwy bunt. Tak się ułożyło, że Mama mieszkała z moją rodziną przez trzy lata. Nie raz wtedy usłyszałam wypowiedziane z żalem "ja Wam tyle czasu nie poświęcałam". Niestety to odbiło się głęboko na relacjach rodzinnych.
W każdym z nas tkwi talent ważne by go dostrzec i w niego uwierzyć...

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 13-09-2012 21:32

Ale popatrzcie, same to sobie robimy. Bo ja też mam we wspomnieniach przygotowania do Wigilii, kiedy wszyscy się na siebie drą, bo trzeba jeszcze wyczyścić szczoteczką do zębów fugi w łazience i ugotować trzy zupy, wszak każdy lubi inną.

Kiedy byłam nastolatką, poczyniłam sobie kilka obietnic. Pisałam wtedy pamiętnik, pierwszy i ostatni raz w życiu, więc mam na piśmie. Nie miałam jeszcze pojęcia, czy będę chciała być matką ani jaką matką będę, ale jakoś bardzo dobrze wiedziałam, jaką matką być nie chcę (co piszę bez złości czy okrucieństwa, bo te trzy zupy były przecież z miłości). I niektórych obietnic udaje mi się nawet dotrzymywać.

Dosia

Awatar użytkownika

Rodzic i nauczyciel

Posty: 11855


Rejestracja:
11-05-2006 02:24

Dzieci: Marcin 23 lata, Piotr 31 lat

Post 13-09-2012 22:42

No, ja to nie spinam się tak bardzo w czasie świąt. Nie mam trzech zup ani tym bardziej dwunastu potraw. Mieszkanie nie lśni absolutnym porządkiem, co najwyżej jest ciut ogarnięte. Ale i tak, szczerze mówiąc, ten artykuł stoi mi ością w gardle. Taką malutką, niegroźną, ale jednak. Stoi wciąż, i jakoś nie nie chce przejść dalej. Coś straciłam, czego wcześniej nie zauważałam.

Anchen pojawiła się na forum, kiedy moje najmłodsze dziecko było już dość dużym nastolatkiem. Bardzo żałuję, że dla mnie za późno.

Myślę, że idea, o której Anchen od roku pisze w "Niecnych przygodach Jasia i Stasia" i napisała teraz w "Półeczce" jest bardzo ważna, szczególnie dla rodziców, którzy byli - tak jak ja - wychowani przez rodziców, którzy nie potrafili tak po prostu bawić się ze swoimi dziećmi. Być może potrafili mądrze kochać, potrafili uczyć, wychowywać, okazywać im miłość, dbać o dzieci i chronić je, przygotowywać do przyszłych obowiązków - ale taką zwykłą, nieedukacyjną zabawę z dzieckiem uważali za stratę czasu.

Dla mnie do tej pory dorosły spędzający czas z dzieckiem, to była osoba pilnująca jego bezpieczeństwa, starająca się zainteresować dziecko jakimiś twórczymi zajęciami, ucząca go czegoś, czytająca mu książki, rozmawiająca z dzieckiem - ale w zasadzie nigdy, czy może bardzo rzadko - rzeczywiście zwyczajnie i po prostu bawiąca się z nim. Jedyny czas, który spędziłam na prawdziwej zabawie ze swoimi dziećmi, to była kąpiel w jeziorze czy basenie i "gilgotki" przed spaniem. Zwykle jednak miałam zawsze tysiąc innych zajęć, które wydawały mi się ważniejsze, niż poukładanie klocków z dzieckiem czy pogranie razem z nim w grę planszową. Klocki, karty, gry - wydawały mi się stratą czasu, bo przecież dzieci mogły pograć sobie same, a ja wtedy miałam czas na inne zajęcia. A tych innych zajęć, poza domowymi, zawsze miałam mnóstwo: nałogowe czytanie, kolejne studia, wystawy psów, jazda konna i hodowla bardzo różnych zwierząt domowych, począwszy od rybek, a skończywszy na koniach. Nie chcę mówić, że rodzic nie powinien mieć własnego hobby, ale u mnie w tym wszystkim stanowczo za mało czasu było dla dzieci. W efekcie nawet gdy przyszedł czas świąt, to nie przyszło mi nawet do głowy, żeby się z dziećmi pobawić. Spędzaliśmy ten czas razem - ale na oglądaniu filmów, czytaniu książek, jedzeniu smakołyków - ale nie na zabawie. A trzeba się było tymi dziećmi bardziej nacieszyć, póki były małe. I trzeba im było pokazać, że rodzic nie musi czuć się winnym, gdy sobie zwyczajnie popróżnuje, po prostu tylko bezcelowo bawiąc się z dzieckiem - nie próbując na siłę tą zabawą wpływać pozytywnie na jego rozwój.

Nie tam, żebym aż rwała włosy z głowy. Zbudowałam więź ze swoimi dziećmi innymi sposobami. Mam wspaniałych synów, z którymi chętnie spędzam czas i którzy chętnie spędzają czas ze mną. Ale czuję, że jednak coś cennego ominęło mnie i moje dzieci. I obawiam się, że kiedy oni zostaną rodzicami - to też nie będą się potrafili bawić ze swoimi dziećmi. Naprawdę żałuję, że Anchen pojawiła się dla mnie za późno. Co nie znaczy, że już ze świadomości uzyskanej dzięki Anchen nie skorzystam - przecież kiedyś chyba zostanę babcią. ;)

Bardzo zazdroszczę Anchen umiejętności zwykłego bawienia się z dziećmi. I dziękuję Ci Anchen, że tak często i wyraziście o tych rzeczach piszesz, naprawdę dużo się z Twoich opisów nauczyłam.

Piszę tak obszernie o moich odczuciach związanych z tym artykułem, bo chciałam zwrócić jeszcze raz uwagę na to, jak ważne są rzeczy, o których pisze Anchen. A dla tych Was, którzy mają dzieci jeszcze w podstawówce - Anchen wcale nie pojawiła się za późno.
Moi synowie są już dorośli, obaj po maturze i obaj usamodzielnieni. :OK:

Przekonałam się, że ani ADHD ani ZA nie jest wyrokiem i staram się szerzyć wiedzę o tym, jak pomóc dzieciom, chociaż uważam, że największe, najpełniejsze i najbardziej wartościowe źródło tej wiedzy znajduje się właśnie tutaj, na tym forum.

dosia.eu - mój blog o wychowaniu

danuta2002

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 897


Rejestracja:
12-09-2011 19:34

Dzieci: Asia ADHD,ZA a może całkiem coś innego ?

Post 14-09-2012 21:10

Dosia pisze:A dla tych Was, którzy mają dzieci jeszcze w podstawówce - Anchen wcale nie pojawiła się za późno.

Masz rację Dosiu, artykuły Anchen dają duuuuużo do przemyślenia i zweryfikowania wielu poglądów a " Niecne przygody Jasia i Stasia" to moja ulubiona lektura, potrafi poprawić humor, jak tylko dopadają mnie "smutno-smutki" szkolne. :jestes_wielki:

irena

Awatar użytkownika

Żelazna baba/super rodzic

Posty: 3423


Rejestracja:
07-10-2005 21:20

Lokalizacja: Szczecin

Dzieci: syn 27 lata, syn 26 lat-ADHD, córka 23 lata- ZA, córka 22lata

Ja: Tylko zakręcona, mąż ZA

Post 15-09-2012 19:20

Macie rację, Anchen robisz wielką rzecz.
Trochę z innej beczki zacznę.
Ze swoimi dzieciakami, starałam się bawić, tak naprawdę dzięki nim uczyłam się zabawy.
Tak jak pisała Anchen kiedyś, przyrzekłam se, że będę inną matką. Miałam już wtedy chłopaków, kiedyś uderzyłam bardzo mocno najstarszego. Widząc jego strach, zobaczyłam siebie i to wtedy postanowiłam nigdy więcej. Konsekwentnie trzymam się tego do dzisiaj. Obserwując dzieci uczyłam się bawić z nimi. Potrafiłam godzinami siedzieć z nimi w parku budując szałasy i inne zamki.
Do tej pory można u nas przewrócić się o buty w korytarzu, a do tego spróbuj człowieku jak chcesz na szybko znaleźć buta do pary :lol: , rzecz raczej dzięki naszemu psu niewykonalna. :lol:.
Dla mnie to była bardzo trudna szkoła, często zastanawiałam się czy jestem dobrą matką. Z perspektywy lat wiem, że wybrałam dobrą drogę. Mam w domu niezależnych młodych ludzi (rany Justyna jutro kończy 17 lat, ale stara :twisted: ), o dość ugruntowanych poglądach i mających własne zdanie.
U nas też dom raczej otwarty, dzisiaj nocuje dodatkowo 2 ludków ( to wiem na pewno, ale ile będzie rano, to już nie wiadomo :hmmm: :lol: , kompletnie nam to nie przeszkadza. Jeżeli gotuje obiad, to średnio na 10 osób, zawsze ktoś głodny się przyplącze :wink: . Zawsze są to koledzy dzieciaków, co mnie cieszy.
Uwielbiam "Niecne przygody chłopaków", chociaż czasem napawają mnie małym smutkiem, że nie znałam tego jako dziecko. Takiemu dziecku bardzo trudno, nie powielić swojego dzieciństwa. Wiem po swoim przykładzie, że można.
Dziękuje Anchen, że właśnie to mi uświadomiłaś. :)

Lelum Polelum

Wsparcie

Posty: 105


Rejestracja:
06-10-2011 10:33

Lokalizacja: Landsberg

Dzieci: Tymek lat 9 ZA+ADHD i Francik naśladowca

Ja: zwyczajnie niezwyczajna

Post 17-09-2012 13:23

Chyba rozumiem tą półeczkę i dziecko znikające w czeluściach własnego pokoju....
Też tak miałam. Długo. Jakoś tak od połowy podstawówki, aż do dorosłości.
Może to była jedna z form buntu, a może moja próba radzenia sobie z faktem, że ja jestem klockiem z zupełnie innego zestawu?
Nigdy nie zadałam sobie pytania dlaczego.

Gdybym miała dokonać sekcji mojego dzieciństwa, byłoby typowo-nietypowe.
Tata był od piątku do niedzieli, bo pracę sobie wybrał taką, która wymagała wiecznych "delegacji" Nie pamiętam by się kiedykolwiek ze mną bawił. Dom był na głowie mojej mamy - i to jest rzecz niebywała, bo ona była jak na dopalaczach - pracowała w hucie na cztery brygady (ruch ciągły).
Dom był do bólu śląski, wypucowany co sobotę, żadnego marasu na oknach, nawet jeśli trzeba je było myć co dwa tygodnie, na stole obiad z dwóch dań, w niedziele nieśmiertelna rolada kluski i modro kapusta, nieobce mi były domowe smakołyki jak ciasteczka z maszynki do mięsa, kogle-mogle i inne czasochłonne zajęcia, przy których asystowałam. W ramach ratowania domowego budżetu, choć przede wszystkim jako odpowiedź na wieczne "nie ma" w sklepach pamiętam moją mamę produkującą swetry na drutach, lub szyjącą ubrania przy jednoczesnym oglądaniu "filmu dla drugiej zmiany".
Przy tym wszystkim w domu nie miałam się z kim bawić, bo siostra o dekadę starsza ode mnie postrzegała mnie raczej jako kłopotliwy bagaż niż ewentualnego partnera do zabaw, jakoś tak do naszego domu dzieciaki z placu nie zaglądały, ja niezmiernie rzadko je odwiedzałam. Nie byłam częścią osiedlowej bandy, ale nie byłam też wyrzutkiem na marginesie życia towarzyskiego. Raczej byłam obok. Miewałam genialne pomysły na zabawy i szaloną wyobraźnię, która dawała mi prawo do bycia sobą bez strachu że sfora mnie odrzuci.
Jak większość dzieciaków w mojej okolicy mam mocno w siebie wdrukowaną kindersztubę według porządnych "przedwojennych" zasad, która na drugim końcu Polski budzi niekiedy zdumienie, a niekiedy uśmiech (wierzę święcie, że nie politowania z mojego "frajerstwa) co również jest zasługą mamy i jej wytężonej pracy nad swoją mocno krnąbrną latoroślą. A ja nie byłam łatwym materiałem do ukształtowania :D co jest mi teraz wytykane przy różnych okazjach okołotymkowych. To już jednak inna bajka ;)

Ale to tylko jedna strona medalu.
Pamiętam też moją mamę drzemiącą na teatralnym krzesełku gdzieś w teatrze w Katowicach/Chorzowie czy Bytomiu bo prosto po nocnej zmianie zabierała nas na jakieś dziecięce spektakle, pamiętam autokarowe wycieczki do lasu i bardzo dużo starań by w wakacje były góry i było morze. Bym miała kolonie i zimowiska. Pamiętam jak pojechała z moją starszą siostrą po jakieś kozaki do Bytomia (wyprawa dwoma tramwajami, wówczas minimum godzina w jedną stronę jeśli liczymy czekanie na przystankach) bo posłyszała plotki że są, a Josia ryczała jak afrykański bawół, że nie chce chodzić w chłopięcych butach o dwa rozmiary za dużych...
Pamiętam pierwsze Lego z pewexu i to że możność jego zakupu była tak samo przeżywana przez moją mamę, jak przeze mnie możliwość zabawy.
Pamiętam mamę, która skutecznie sprzedała mi "bakcyla gór", co obecnie stanowi problem bo najbliższych gór mnie dzielą setki kilometrów... a po latach jawi mi się jako taka "matka polka" bez funkcji marudzenia i użalania się nad sobą, która dla dzieci i "porządnego domu" wypruwała sobie żyły, realizację własnych marzeń zostawiając na "potem"

Powinnam więc mieć silne więzy z rodzicielką. Teraz mam. Od niedawna. Od czasu, gdy mam własną rodzinę i więcej rozumiem.
Ale był czas gdy zamykałam się we własnym pokoju, odmawiałam udziału w rodzinnych wydarzeniach a na wszelkie pytania odpowiadałam "bo tak" "chcę być sama" i "nic mi nie ma"
Był taki czas, kiedy książka była dla mnie ważniejsza od człowieka i mama zaczynała sobie wyrzucać, że jako dziecko zachęcała mnie do czytania i kupowała pierwsze tomiszcza.
Czas gdy nie miałyśmy wspólnych tematów, rozmowa kończyła się albo na monologu lub na kłótni, a nam została tylko jedna wspólna rzecz - góry (z tym, że każda z nas osobno).

A potem wielka rewolucja w moim życiu. Nowa rodzina i Tymek i zrozumienie... Moje mieszkanie w konkursie na najczystsze znalazłoby się w pierwszej dziesiątce - od końca. Czasochłonne prace w kuchni zdarzają się tylko od święta i bywają radośnie porzucane na rzecz szalonych zabaw z moim łobuziakiem. Utrapienie mojego dzieciństwa czyli wszelkie prace manualne -wycinanie, klejenie, nawlekanie - w ramach terapii jest uskuteczniane często i chętnie ku wiecznemu zaskoczeniu mojej mamy- Asia, ty naprawdę ..?
I stwierdzenie mojej mamy - po czasie - to chyba tego zabrakło, wspólnych zabaw. Nie wystarczy postarać się o zabawki, trzeba jeszcze dziecku dać siebie, trzeba się z nim bawić i pilnować żeby wokół były inne dzieci....
Może przyjdzie taki czas, kiedy Tymek znajdzie własny sposób na życie, może się pozornie odsunie, ale jeśli będzie szczęśliwy to dam mu święty spokój - bo właśnie tego mi brakowało w czasach kiedy zatroskana rodzinka reglamentowała mi książki, albo "socjalizowała mnie na chama" wywołując kolejną falę awantur...

ale strasznie się rozpisałam, a można było w dwóch zdaniach. Bywa że do niektórych relacji się dorasta. A bywa też że w rodzinie zdarza się ktoś, kto jest z zupełnie innej bajki, klocek z innego zestawu ;) I to też da się zaakceptować - dać mu półkę w lodówce, własny kąt i przede wszystkim prawo do pozostania sobą. A jak kochamy, to dlaczego miałoby nam to przeszkadzać? :roll:

Halina

Awatar użytkownika

Licencjonowana ADHD-owa Czarownica

Posty: 5819


Rejestracja:
08-03-2005 22:32

Lokalizacja: Górny Śląsk

Dzieci: Piotrek 24 CZR z cechami ADHD i Krzyś 15 gimnazjalista ZA z cechami ADHD

Ja: ADHD zdiagnozowane przez lekarzy moich dzieci

Post 17-09-2012 20:16

Trudna ta oddzielna pólka, nie wyobrażam jej sobie, ani w domu moich rodziców, ani też w moim. Choć i w tym i w tym mieszkały i mieszkają "dziwadła", ale w domu moich rodziców, były wiecznie trwające kłótnie, i to nas łączyło, brak wspólnych zabaw, brak rówieśników w domu, choć z okazji jakichś imienin zdarzali się,. W moim domu dopóki Piotrek w nim był ciągłe wycieczki sąsiadów, na mój serniczek, który starałam się dość często wypiekać. częste spotkania ADHDowe w ogródku, częste wspólne wypady w różne miejsca. i rozmawianie z chłopakami na każdy temat. A kłótnie też się zdarzają, ale nie są ciągłe.
Sama ADHD, synowie ZA z cechami ADHD, a mąż podejrzany o ADD
Obrazek
Obrazek
tel. 799223703

Dosia

Awatar użytkownika

Rodzic i nauczyciel

Posty: 11855


Rejestracja:
11-05-2006 02:24

Dzieci: Marcin 23 lata, Piotr 31 lat

Post 17-09-2012 20:40

Trochę w tym wszystkim pocieszające (dla mnie) jest jedno.

Nie tylko "dziecko jest czyste albo szczęśliwe", można znaleźć podobne powiedzenie dla mamy. Brzmiałoby mniej więcej tak: "mama jest idealną gospodynią albo dobry kontakt z dzieckiem". Zawsze mam wyrzuty sumienia, że nie radzę sobie z porządkiem w domu i najwyraźniej zupełnie niepotrzebnie, bo mogłoby to mieć brzemienne skutki. :OK:

Tak na poważnie - jeśli mogę wyrazić swoje zdanie, Lelum Polelum, to nie sądzę, żeby problem leżał tylko w tym, że nie byłaś typowym dzieckiem. Myślę, że Twoja Mama bardzo chciała być "mamą idealną" i na niektóre rzeczy mogło braknąć jej czasu i siły.

Lelum Polelum pisze: I to też da się zaakceptować - dać mu półkę w lodówce, własny kąt i przede wszystkim prawo do pozostania sobą. A jak kochamy, to dlaczego miałoby nam to przeszkadzać? :roll:
Ja rozumiem Anchen - chodzi o obawę, że coś poszło nie tak, że dziecko nie potrafi się odnaleźć w rodzinie. Ale z drugiej strony muszę przyznać, że dla mnie to też nie byłoby straszną tragedią, jeśli tylko wiedziałabym, że dziecko jest szczęśliwe.
Tym bardziej, że ja sama jestem "czasowym" samotnikiem - potrzebuję okresowo jakiegoś czasu bez żadnych ludzi, nawet najukochańszych. Mogę wtedy sprzątać, czytać książkę czy siedzieć przy komputerze, ale taki czas mi jest bardzo potrzebny. Tak właściwie właśnie sobie uświadomiłam - że nawet nie chodzi o czyjąś obecność, tylko o rozmowę. Lubię rozmawiać, ale nie potrafię rozmawiać zbyt dużo, czasami potrzebuję ciszy. Więc ja taką "półkę" syna znajomych Anchen też byłabym w stanie zrozumieć. ;)
Moi synowie są już dorośli, obaj po maturze i obaj usamodzielnieni. :OK:

Przekonałam się, że ani ADHD ani ZA nie jest wyrokiem i staram się szerzyć wiedzę o tym, jak pomóc dzieciom, chociaż uważam, że największe, najpełniejsze i najbardziej wartościowe źródło tej wiedzy znajduje się właśnie tutaj, na tym forum.

dosia.eu - mój blog o wychowaniu

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 17-09-2012 21:32

Dosia pisze: Więc ja taką "półkę" syna znajomych Anchen też byłabym w stanie zrozumieć. ;)


Nie sądzę, dziewczyny, bo akurat ta półka to objaw zimnej wojny. Nie towarzyszą jej ani rozmowy, ani nawet wspólna obecność.

Ale Lelum dotyka czegoś bardzo istotnego, o czym też starałam się w tekście napomknąć - gotowości rodziców na odmienność dziecka i ich umiejętności podążania za dzieckiem. Tak, trafiają się dzieci, które są odludkami. Sama taka byłam, szczególnie jako nastolatka. Siedziałam w swoim pokoju, czytałam książki, a na próby rodzinnej integracji odpowiadałam podkręcaniem głośności muzyki w stylu "to moja wina, że ojciec pił, a matka była dziwką", co zaiste nijak się miało do mojej sytuacji rodzinnej. I zgoda, w okresie nastoletniego buntu wspólna półeczka dramatycznie się skróciła, ale jednak pozostała.

Niektóre dzieci są inne - jak w bajce o dziecku dziwożony, podłożonym znienacka do wiejskiej kołyski. I myślę, że dzieje się straszny dramat, kiedy rodzice oczekują, że tylko dziecko się do nich nagnie, a nie mają w sobie właśnie takiej gotowości, żeby również pójść za nim. W przypadku syna moich przyjaciół jest to o tyle odmienne, że oni oboje, rodzice, są tacy "inni". Postrzeleni, niekonwencjonalni, niekonformistyczni. Sęk w tym, że dziecko jest normalne. Takie naprawdę normalne, bez ambicji naukowych, bez wielkich pasji, chcące sobie pograć na komputerze i zainteresowane markowymi ciuchami. Ich niedowierzanie w obliczu normalności dziecka bywało wręcz komiczne.

I myślę, że ta oddzielna półeczka w lodówce wydaje mi się horrendalna również dlatego, że jedzenie dla mnie przede wszystkim wspólnota. My się spotykamy przy stole, gadamy, śmiejemy się nad talerzami, wspólnie czytamy książki. Nie wszystkie posiłki da się tak zorganizować, żeby wspólnie siadać do stołu, ale bardzo się staramy, żeby tych wspólnych było jak najwięcej. Mąż się śmieje, że przy jedzeniu ujawniają się moje wschodnie geny - bo każdego kompulsywnie usadzam przy stole. Uwielbiam gotować, ale nie cierpię sama jeść. Jedzenie w samotności to żadna przyjemność. Gdyby dzieci zażądały separacji kulinarnej, byłoby mi ogromnie przykro. Mam nadzieję, że nie zażądają: teraz mamy taki układ, że każdy z chłopców wybiera dwa obiady w tygodniu, a ja gotuję wedle zamówienia. Na razie nikt nie narzeka. Dowcipaski w stylu "a teraz pstrąg w płatkach migdałowych" (ulubiona potrawa Misia i Tygryska Janoscha) skończyły się, kiedy podałam i kazałam zjeść :)

Dosia

Awatar użytkownika

Rodzic i nauczyciel

Posty: 11855


Rejestracja:
11-05-2006 02:24

Dzieci: Marcin 23 lata, Piotr 31 lat

Post 18-09-2012 07:59

Jeśli to jest półeczka zimnowojnowa, to rzeczywiście zmienia postać rzeczy. :wink:

Ale to jest mi ciężko sobie wyobrazić, bo u nas w rodzinie takie pojęcie nie istnieje. Mieliśmy to w domach rodzinnych i wyrzuciliśmy to z naszych relacji małżeńskich i relacji z dziećmi.
Moi synowie są już dorośli, obaj po maturze i obaj usamodzielnieni. :OK:

Przekonałam się, że ani ADHD ani ZA nie jest wyrokiem i staram się szerzyć wiedzę o tym, jak pomóc dzieciom, chociaż uważam, że największe, najpełniejsze i najbardziej wartościowe źródło tej wiedzy znajduje się właśnie tutaj, na tym forum.

dosia.eu - mój blog o wychowaniu

Lelum Polelum

Wsparcie

Posty: 105


Rejestracja:
06-10-2011 10:33

Lokalizacja: Landsberg

Dzieci: Tymek lat 9 ZA+ADHD i Francik naśladowca

Ja: zwyczajnie niezwyczajna

Post 18-09-2012 09:59

Każdy patrzy przez pryzmat własnych doświadczeń. Zupełnie inaczej odebrałam tą półeczkę w pierwszym poście, nie widziałam wojny tylko odrębność następnego pokolenia.

Gdzieś mi się w zakamarkach pamięci wszelakiej kołacze taka informacja, że epoki i bunty następują falami, jeśli mamy rozbuchany barok to po nim skromniutko... jeśli mamy hipisów i złotą zasadę łamiemy wszystkie zasady to potem mamy yappi w białych kołnierzykach którzy dostają gęsiej skórki na widok kwiatka we włosach.

A tak na marginesie, oddzielna kuchnia w domu bywa całkiem inspirująca. Miałam epizod - na początkach liceum (kobieta pozbawiona wyobraźni bądź ze skłonnościami sadystycznymi) zaprowadziła swoje stadko do rzeźni, w poniedziałek w dzień uboju. Uwierz mi za wyjątkiem jednego młodziana wszyscy dużym łukiem omijaliśmy sklepy z wyrobami masarskimi krótszy lub dłuższy czas :roll: Zatem zostałam roślinożercą (dom z kuchnią raczej tradycyjną, wystarczy wspomnieć choć sławetne rolady). W ramach protestu przeciwko okrucieństwu naczelnych zaczęłam gotować sama, często rodziców częstując najprzedziwniejszymi kotlecikami, zapiekankami, etc. Mina mojego taty, gdy raz pierwszy jadł kotleta sojowego - bezcenna :D

Dosiu, moja mama zapewne miała ochotę być idealną gospodynią, ale oprócz tego ma (nadal) niespożyte pokłady energii i umiejętność której jej zazdroszczę - jednocześnie robić kilka rzeczy.
Dla przykładu do godz. 13tej (przed pójściem do pracy) potrafiła zaprowadzić dziecko do przedszkola, zrobić zakupy, ugotować obiad, upiec kołocz i obejrzeć film przedpołudniowy cerując skarpetki lub prasując stertę prania. Ja tak nie potrafię, a dojście do świadomości że taka wielozadaniowość nie jest naturalnym stanem człowieka zajęła mnie (i jej) sporo czasu.

Wróć do O naszym portalu - ADHD.org.pl



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group.
Designed by Vjacheslav Trushkin for Free Forums/DivisionCore.