Forum     Forum - powrót na pocztek forum Portal - powrót na ADHD.org.pl Office Bogdan Mizerski

Dyskusja o artykule Anchen "Kotlet"

Moderator: Moderatorzy

Dosia

Awatar użytkownika

Rodzic i nauczyciel

Posty: 11855


Rejestracja:
11-05-2006 02:24

Dzieci: Marcin 23 lata, Piotr 31 lat

Post 06-02-2012 11:27

Dyskusja o artykule Anchen "Kotlet"

Link do tego artykułu na portalu:
Kotlet

Treść artykułu:

Anchen pisze:Kotlet

Zrobiłam kiedyś mężowi karczemną awanturę. O kotlet. W dodatku mielony.
A było to tak: w przedszkolu moje dzieci zaprzyjaźniły się z kolegą. Po prawdzie to na początku raczej zakumplowały się matki, bo obu nam zależało, żeby dzieci miały sensowne towarzystwo poza przedszkolem. Czasami jeśli którąś z nas przywaliła szczelnie robota, druga odbierała cale towarzystwo z przedszkola i prowadziła je do siebie, dawała obiad i organizowała zabawę do powrotu pierwszej. Ten dzień ułożył się akurat tak, że ja odbierałam wszystkich z przedszkola i prowadziłam do nas, podgotowywałam obiad (dzieci odbierałam wcześnie, o godz. 14), ale potem musiałam biec na jakieś spotkanie, więc dzieci przejmowała mama kolegi, która akurat wracała z pracy i czekała z synkiem u nas, póki nie wróci mój mąż, żeby się zająć swym prawowitym potomstwem. Ufff, życie pracujących matek bywa skomplikowane.

No więc wybiegłam, zostawiwszy mamę kolegi nad patelnią. Kiedy wróciłam do domu, było już późno, mąż wrócił, ale trwała szampańska zabawa i dzieci nadal roznosiły chałupę. Kiedy zzuwałam buty, mama kolegi poinformowała mnie z dumą, że świetne mielone przyrządziłam. Antoś, nasz młodszy syn, zjadł swój kotlet, potem dokładkę, a na końcu mój. Jak się to w tym małym, czteroletnim wówczas brzuszku, zmieściło, do tej pory zachodzę w głowę. W każdym razie wszyscy zjedli z apetytem, a mnie mąż pocieszył, że mogę dostać kanapkę.

Hmmmm... Wiecie, ja nawet nie lubię mielonych, ale awantura była pamiętna - nie o żarcie, ale o przekaz dla potomstwa i oczywiście zrobiona nie mamie kolegi, tylko mężowi, który się powinien położyć Rejtanem na stole w obronie mojego kotleta.

Cóż, trudno być Polakiem – jak w „Modlitwie dziękczynnej z wymówką” Wojaczka. Polką jeszcze trudniej, bo stoi za nami parę stuleci parszywej historii, która składała na barki rodzin to, co w innych, nieco normalniejszych krajach załatwiało państwo. Ze średniowiecza odziedziczyliśmy przeświadczenie, że kobiety są zbawiane poprzez rodzenie dzieci. Z czasów staropolskich zagończyków – ogromną ufność w panie folwarków, które zarządzały nimi pod nieobecność mężów, nieustannie szwendających się na tę czy inną wojnę, oraz przeświadczenie, że obowiązkiem kobiety jest tak wychować synów, żeby stali się godnymi obywatelami i patriotami. Z czasów zaś zaborów, kiedy każde pokolenie składało hekatombę z własnych dzieci – twardość i umiejętność trwania na przekór zawieruchom politycznym. XIX wiek jest kluczowy, ponieważ wówczas na barki kobiet złożono obowiązek walki o przetrwanie Polski. Przetrwanie na najbardziej biologicznym poziomie zapewniały, rodząc dzieci, a o przetrwanie kultury dbały, wychowując je w etosie walki o niepodległość w rozległej panoramie pobojowisk oraz narodowych trucheł. Przestrzeń swobody dla kobiety jest w tym modelu bardzo mizerna, ponieważ powinna poświęcić wszelkie swe osobiste cele i pragnienia dla dobra rodziny oraz ojczyzny. A w tle majaczył obraz Najświętszej Panienki, która stanowi najwyższy, niedościgniony model macierzyńskiego poświęcenia i również przygotowała swojego syna do męczeństwa.

Te wzorce są tak głęboko osadzone w kulturze, że nawet się nad nimi nie zastanawiamy. Na dodatek współczesność też nie jest dla nas specjalnie łaskawa, bo rodzicielstwo, z czynności domowej, intymnej i niemal intuicyjnej, bardzo się ostatnio sprofesjonalizowało i zmieniło w kolejne pole rywalizacji. Rodzi się mało dzieci i wychowujemy je niemal wyłącznie w wąskopasmowej relacji rodzice-dzieci, a nie w wielkich rodzinach, jak niegdyś, kiedy część obowiązków dało się delegować, a w chwili kryzysu można było liczyć na rodzinne wsparcie. Istnieje cały przemysł, podsuwający nam nie tylko mnóstwo dóbr, które rodzic powinien potomkowi zapewnić, ale też pokazujący mnóstwo kompetencji, którymi powinien się wykazywać. A gdzieś z boku stęka jeszcze przymus, żeby się realizować oraz być, psiakrew, fantastyczną żoną i kochanką i nakładając – dłonią z idealnym manicure – mężowi wołowinę po burgundzku z porcelanowego półmiska, prowadzić z nim kompetentną rozmowę o dylematach pomocy humanitarnej dla Trzeciego Świata.

Mam wrażenie, że nieustannie jesteśmy wbijani w poczucie winy, bo oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie zdoła samodzielnie tych wszystkich oczekiwań spełnić. No, ale przecież wychowano nas w przeświadczeniu, że powinnyśmy się poświęcać, więc próbujemy, co sił. Wydaje mi się, że matki dzieci z problemami, dzieci o specjalnych potrzebach, próbują jeszcze bardziej. Rozumieją, że nieustannie są oceniane – a nasze dzielne potomstwo robi, co może, żeby nie zawsze były to przychylne oceny – więc doskonalą swoje poświęcenia do granic fizycznej możliwości. Kosztem własnych zainteresowań, własnych emocji, własnego czasu, wreszcie własnego zdrowia. A kiedy już muszą się sobą zająć, przepraszają, że są egoistkami i ośmielają się tyle mówić o sobie.

Proszę, nie zrozumcie mnie źle: poświęcenie stanowi jedną z najpiękniejszych wartości, ale z cierpiętnictwem mało komu jest do twarzy. Czy da się zredukować całe swoje życie do służby? Tak i znam takie osoby, mam przyjaciół w klasztorach. Jednakże im służba daje szczęście. I te przestrzenie szczęścia trzeba jakoś sobie zapewnić, bo szczęście jest w jakimś sensie naszym obowiązkiem. Niekoniecznie to wielkie Szczęście, które obejmuje wszelkie dziedziny życia, ale o umiejętność codziennej radości trzeba walczyć. Podobnie jak o umiejętność cenienia siebie. Jedynie ktoś, kto ceni siebie, może podarować siebie komuś innemu i sprawić, że ta druga osoba zobaczy w tym cenny dar.

Jest taki przepiękny, ogromnie stary wiersz: „Wiem, że nie można w życiu zaznać wszelkiego szczęście, Lepiej raczej dostać rzecz upragnioną niż tę, którą łatwiej przyjdzie zapomnieć.” Większość mojego dorosłego życia to wybieranie rzeczy, które łatwiej zapomnieć, a to oznacza bardzo uważne wsłuchiwanie się w swoje pragnienia. Chciałam mieć ciepłą rodzinę i dom, pełen opowieści, książek, wspólnych śmiechów i zabaw, zapachu niedzielnego rosołu i drożdżowego ciasta, z mapami nieba na ścianach i doniczkami rozmarynu na kuchennym parapecie. Chciałam też mieć szansę twórczo myśleć i rozwijać się zawodowo. Łączenie tych dwóch pragnień sprawia, że w żadnej w tych sfer nie jestem tak dobra, jak mogłabym być, ale zdecydowałam się na to świadomie. Chciałam też, żeby moi synowie byli ze mnie dumni i cenili mnie jako osobę, nie tylko matkę. Chciałam być dla nich przewodnikiem w świecie i pokazywać, że jest ciekawy i wart poznania. I chcę, żeby poszli w dorosły świat, pamiętając o naszym modelu rodziny, w którym widzi się potrzeby innych osób. I żeby się w przyszłości trzymali jak najdalej od Matek-Polek.

Na razie chodzą, biedactwa, w niewyprasowanych koszulkach i zdołałam im wmówić, że sprzątanie jest świetną zabawą. Opracowaliśmy również sporo rodzinnych sztuczek, które pomagają przetrwać, ale to temat na zupełnie inny felieton.

Wychowując nasze dzieci, wdrukowujemy im pewien program, którego mogą sobie długo – albo wcale – nie uświadamiać, ale z którego będą korzystały. Model rodziny. Umordowana, nieszczęśliwa matka, która wszystkich wyręcza, zadręczając zarazem siebie i innych swoim samozaparciem, nie zdoła pomóc swojemu dziecku. Matka, której potrzeby są na ostatnim miejscu, która czasami nie potrafi ich artykułować, bo wszystkie swoje siły poświęca dzieciom, często nie zdaje sobie sprawy, że pracuje na taki sam los dla swojej córki. Nie uczy dzieci, że rodzina powinna być przestrzenią szczęścia, troski i współpracy, a nie umęczenia i egoizmu. Nie zdaje sobie sprawy, że niebawem może przestać być atrakcyjnym partnerem dla dzieci, bo współczesna kultura promuje raczej silne, samoreazujące się osoby, a jej poświęcenie przejdzie niezauważone, ponieważ ona sama nie potrafi cenić swojej pracy. Robiąc wszystko dla dzieci, dramatycznie je czasami krzywdzimy i przede wszystkim źle je przygotowujemy do dorosłego życia. Wreszcie zaniedbujemy siebie, bo po kilkunastu latach dzieci odejdą, a słońce – mam nadzieję – nie zgaśnie i trzeba będzie dalej żyć i znajdować w tym radość.

Nie odnoszę się tutaj w ogóle do modelu rodziny, bo jedni wolą bardziej tradycyjny, a drudzy bardziej ekscentryczny. Absolutnie nie lekceważę pracy kobiet, które wychowują dzieci i zajmują się domem, podczas gdy mąż zarabia na utrzymanie rodziny. To ich wybór i bardzo ciężka praca, która może być równie twórcza, pasjonująca i pełna satysfakcji, jak praca w biurze czy fabryce. Nie bronię też rodzicielskiego egoizmu i nie daję rad w stylu „porzuć dziecię i jedź na Martynikę w poszukiwaniu miłości twojego życia” – od dawna nic mnie tak nie zirytowało, jak opublikowana dopiero co obrazkowa książka Edgara Kereta „Tata ucieka z cyrkiem”. Owszem, rodzice również mają swoje marzenia. Czasami ogromnie żałuję, że nie jestem już tą szaloną dziewczyną, która zawsze miała w torebce paszport i kartę kredytową, żeby móc zadzwonić w południe do domu i powiedzieć mamie, że niestety spóźnię się na obiad i to jakieś cztery dni, bo właśnie jadę na Litwę do przyjaciółki. Mam dzieci i muszę być ostrożniejsza, i pewnie nigdy już nie zrobię węgierskiej poczty. Jednak każda rodzina to dialog i próba wyważenia pomiędzy różnymi potrzebami. Decydując się na dzieci, decydowałam się na zmianę. Nie decydowałam się jednak na nieistnienie.

Pamiętajcie, proszę, o kotlecie dla siebie. W zwyczajnych, codziennych czynnościach jest bardzo wiele symboliki i często prostą ścieżką prowadzą do tych podstawowych przekonań i wartości, które każdy z nas musi dla siebie zakreślić. Jedni zobaczą w kotlecie przejaw egoizmu. Inni – lekcję, że trzeba troszczyć się o siebie nawzajem, lekcję, bez której naszym dzieciom będzie w dorosłym życiu znacznie trudniej. Nie ma pewnych odpowiedzi. Nie ma certyfikatów. Nie ma gwarancji powodzenia - cokolwiek nim dla nas będzie.


Zapraszamy do dyskusji!
Moi synowie są już dorośli, obaj po maturze i obaj usamodzielnieni. :OK:

Przekonałam się, że ani ADHD ani ZA nie jest wyrokiem i staram się szerzyć wiedzę o tym, jak pomóc dzieciom, chociaż uważam, że największe, najpełniejsze i najbardziej wartościowe źródło tej wiedzy znajduje się właśnie tutaj, na tym forum.

dosia.eu - mój blog o wychowaniu

matken

Awatar użytkownika

Wiedźma dyplomowana

Posty: 6996


Rejestracja:
22-11-2005 09:50

Lokalizacja: Zabrze

Dzieci: Krzysztof ZA (21,5), Jędrzej nie do końca NT (20), Kacper klon najst. (5 i 3/4)

Ja: tego nie wiadomo

Post 06-02-2012 11:43

To taki artykuł z serii otwieraczy do oczu :OK:

Myślę, że dobrze na mnie działa, bo jestem w trakcie terapii. Bardzo przemawiający :jestes_wielki:
Stowarzyszenie Akceptacja Gliwice
Klub Rodziców Autyzm HELP Fundacji JiM

Dosia

Awatar użytkownika

Rodzic i nauczyciel

Posty: 11855


Rejestracja:
11-05-2006 02:24

Dzieci: Marcin 23 lata, Piotr 31 lat

Post 06-02-2012 15:08

Anchen, artykuł jest cudny po prostu. :jestes_wielki:

Miałam skrystalizowane poglądy na ten temat już od jakiegoś czasu, ale i tak zobaczyłam nowe aspekty tej sprawy. Niektóre powinny być dla mnie oczywiste już dawno, ale jakoś ich do końca nie przemyślałam. Na przykład nie uświadamiałam sobie tego, jakie są przyczyny historyczne tej matko-polkizmu. I dlaczego we współczesności ta postawa jest równie częsta, jak dawniej.

Moim zdaniem każda polska matka powinna wydrukować sobie ten artykuł, przyczepić do lodówki i raz w tygodniu czytać. :OK:

Anchen pisze:Umordowana, nieszczęśliwa matka, która wszystkich wyręcza, zadręczając zarazem siebie i innych swoim samozaparciem, nie zdoła pomóc swojemu dziecku. Matka, której potrzeby są na ostatnim miejscu, która czasami nie potrafi ich artykułować, bo wszystkie swoje siły poświęca dzieciom, często nie zdaje sobie sprawy, że pracuje na taki sam los dla swojej córki. Nie uczy dzieci, że rodzina powinna być przestrzenią szczęścia, troski i współpracy, a nie umęczenia i egoizmu.


Z tego fragmentu ktoś mógłby wywnioskować, że matko-polkizm jest szkodliwy głównie dla dziewczynek. A wiem z doświadczenia, że na chłopcach również pozostawia swoje piętno. Oto dowód:

Znam dość blisko mężczyznę, który był wychowany przez Matkę-Polkę, której każdy dzień wypełniała wyłącznie ciężka praca i gotowanie. Nawet w sobotę i niedzielę gotowała całe dnie, żeby zrobić bardziej uroczyste posiłki, niż w tygodniu i aby przygotować półprodukty na cały nadchodzący tydzień. Jego matka całymi dniami nie wychodziła z kuchni, nie miała kiedy z kimkolwiek porozmawiać, więc kiedy kogokolwiek zobaczyła, zaczynała narzekać. Na wszystko - począwszy od pogody, skończywszy na swoim poświęceniu, które nie pozwala jej na kupienie nowych gaci, przez co musi chodzić w podartych. Narzekanie na wszystko wrosło w nią tak, że właściwie o niczym innym nie można było z nią rozmawiać, sprawiała wrażenie osoby wiecznie niezadowolonej ze wszystkiego. Mężczyzna ten uciekł z domu rodzinnego natychmiast po szkole średniej i już nigdy tam nie wrócił. Dzwoni do swojej Mamy najwyżej raz w roku, po bardzo usilnych namowach ze strony własnej żony. Nie można powiedzieć, żeby swojej mamy nie kochał i nie był jej wdzięczny za jej poświęcenie, ale teraz zwyczajnie nie chce znowu usłyszeć w słuchawce na powitanie "No, ładnie wychowałam syna, który tak rzadko dzwoni do własnej matki". Tak - nawyków nie da się zmienić z dnia na dzień, dlatego nadal nie można z nią porozmawiać inaczej, jak wysłuchując narzekań. Na pogodę, na szwankujące zdrowie, na niewdzięcznego syna. Całkowite odizolowanie się mężczyzny od narzekającej matki, to nie jest jedyny efekt jej postawy. Człowiek ten wiecznie o wszystko obwinia siebie i każdego ze swojego otoczenia. Całe życie walczy ze swoją skłonnością do narzekania, ale jak do tej pory - zupełnie bezskutecznie. Efektem ubocznym jest też to, że mężczyzna ten z własnej woli nigdy w domu nie sprząta, nie gotuje, a nawet nie zajmuje się dziećmi, chociaż oficjalnie nie uważa tych czynności za wyłącznie kobiece i teoretycznie chciałby ulżyć swojej żonie. Nie zna natomiast żadnego umiaru w kupowaniu swojej żonie ubrań, niezależnie od tego, czy ona ich potrzebuje, czy nie. A w szczególności - nie wiedzieć czemu - gaci ;)
Moi synowie są już dorośli, obaj po maturze i obaj usamodzielnieni. :OK:

Przekonałam się, że ani ADHD ani ZA nie jest wyrokiem i staram się szerzyć wiedzę o tym, jak pomóc dzieciom, chociaż uważam, że największe, najpełniejsze i najbardziej wartościowe źródło tej wiedzy znajduje się właśnie tutaj, na tym forum.

dosia.eu - mój blog o wychowaniu

danuta2002

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 897


Rejestracja:
12-09-2011 19:34

Dzieci: Asia ADHD,ZA a może całkiem coś innego ?

Post 06-02-2012 23:39

Jutro przeczytam jeszcze raz , bo dziś internet dał mi w kość , ale czytając jeden raz ...widzę siebie . Upssss

danuta2002

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 897


Rejestracja:
12-09-2011 19:34

Dzieci: Asia ADHD,ZA a może całkiem coś innego ?

Post 07-02-2012 09:46

Oczywiście wydrukuje sobie ten artykuł jest doskonały. To tak, jakby móc zobaczyć siebie z boku i "spustoszenie" jaki robi we mnie matkopolkizm.

matken

Awatar użytkownika

Wiedźma dyplomowana

Posty: 6996


Rejestracja:
22-11-2005 09:50

Lokalizacja: Zabrze

Dzieci: Krzysztof ZA (21,5), Jędrzej nie do końca NT (20), Kacper klon najst. (5 i 3/4)

Ja: tego nie wiadomo

Post 07-02-2012 10:29

:OK:
Stowarzyszenie Akceptacja Gliwice
Klub Rodziców Autyzm HELP Fundacji JiM

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 07-02-2012 17:39

Dosiu, masz oczywiście rację, że te wzorce dotykają wszystkie dzieci, niezależnie od płci: dziewczynka zbuduje swoją tożsamość w oparciu o postać matki (niekoniecznie ją naśladując), ale chłopiec też przecież tworzy sobie pierwszy wzorzec rodziny i mężczyzny oraz kobiety, patrząc na rodziców.

W artykule nie ma zupełnie nic nowego, wszystkie te refleksje pojawiały się wcześniej na forum. Danusiu2002, wprawdzie Ty jesteś przyczyną niejako bezpośrednią, ale wcześniej wstrząsnął mną list zupełnie innej mamy, która miała bardzo poważne kłopoty wychowawcze z dzieckiem, z którymi nie radziła sobie, a jednocześnie nie chciała odpuścić ani części innych obowiązków domowych. Bo na kolacji wigilijnej nie muszą zostać podane trzy rodzaje zup, dla każdego ulubiona, które wszystkim staną w gardle, bo od trzech dni szorują i padają na pysk ze zmęczenia, a poza tym zdążyli się od rana trzy razy z tego zmęczenia pokłócić (to nie z tego listu, tylko z moich obserwacji rodzinnych, ale o ten typ myślenia mi chodzi). Pocieszające, że można to zmienić.

danuta2002

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 897


Rejestracja:
12-09-2011 19:34

Dzieci: Asia ADHD,ZA a może całkiem coś innego ?

Post 07-02-2012 23:04

Anchen, nie czuję się megalomanką :) tylko jak takie małe ziarenko, co poruszyło górę problemów. Myślę, że jeszcze niedawno, jak gdyby ktoś powiedział, że sobie nie radzę, to chyba bym się prawie obraziła. Czułam, się super matką. Przecież robiłam dla mojej małej wszystko. I jeszcze więcej, bo mając dziecko dysfunkcyjne, przesadzałam.
Myślę, że, jeszcze jest jedna ciemna strona matkopolkości, matki często zostają same. Żyją sobie w swoim małym świecie, myśląc, że tak będzie zawsze. W końcu poświęcają się dla rodziny, to jest cały ich świat i nagle okazuje się, zostają same. Dopiero, po jakimś czasie przychodzi zrozumienie, jak ciężkie jest życie z męczennicą. Tylko wtedy jest już za późno.

Dorota_KM

Awatar użytkownika

Dama/Kawaler Brązowego Orderu ADHD

Posty: 39


Rejestracja:
08-09-2011 09:08

Lokalizacja: Okolice Gdyni

Dzieci: Córka - 11.5 l ZA, Syn - 7,5 w I klasie

Post 09-02-2012 21:34

Świetny artykuł :)

Czytałam, ale nie widziałam w nim siebie ;)
Dlatego bo ponieważ gdyż ;) jestem postrzegana przez "lokalne męczennice" i "dobre ciocie" jako egoistyczna mama.
Sama chodzę do kina, do teatru, na wystawy, a w tym roku - wyposażywszy ojca w narzędzia do opieki nad dziećmi - po raz pierwszy pojadę sama na urlop (huraaa!)

Egoizm nie ustrzegł mnie niestety przed depresją, ale dał siłę do walki z nią.
Nie wolno zapominać o sobie, po prostu nie wolno.
Najpierw Cię ignorują, potem się z Ciebie śmieją, następnie z Tobą walczą. A na końcu wygrywasz...

Anchen

Awatar użytkownika

Wsparcie

Posty: 1393


Rejestracja:
11-02-2011 17:50

Dzieci: Jaś, 12 lat, ZA i Staś, 10 lat, NT

Post 09-02-2012 22:06

danuta2002 pisze:Myślę, że, jeszcze jest jedna ciemna strona matkopolkości, matki często zostają same. Żyją sobie w swoim małym świecie, myśląc, że tak będzie zawsze. W końcu poświęcają się dla rodziny, to jest cały ich świat i nagle okazuje się, zostają same. Dopiero, po jakimś czasie przychodzi zrozumienie, jak ciężkie jest życie z męczennicą. Tylko wtedy jest już za późno.


My mamy teraz taki paskudny, rozwodowy okres w okolicy. Rozpadają się małżeństwa z dziećmi, niespecjalnie jeszcze podrośniętymi, bo kolegami naszymi chłopaków. Spotykamy się z tymi ludźmi z dziećmi i często z powodu dzieci, więc mamy za sobą sporo rozmów - mniej lub bardziej zobowiązujących - w poczekalniach różnych kinder bali i sal zabaw, kiedy panowie wychwalali swoje "niepracujące" żony, które poświęcają się wychowywaniu dzieci i prowadzeniu domu. Brzmiało to ujmująco: doceniali troskę o rodzinę i trud włożony w stworzenie ciepłego domu. I przeraża mnie, że teraz ci sami mężczyźni zupełnie inaczej postrzegają sytuację i wartość pracy ich (jeszcze) żon nagle zmalała. Jasne, że o mnóstwie rzeczy nie wiem i nie jestem ich specjalnie ciekawa, ale w rozmowach nie ma już westalek domowego ogniska, tylko pasożyty.

Nie zmierzam do żadnej błyskotliwej puenty, bo jej nie znam, a inne modele małżeńskie też mogą być ryzykowne. Ale smutno mi.

irena

Awatar użytkownika

Żelazna baba/super rodzic

Posty: 3423


Rejestracja:
07-10-2005 21:20

Lokalizacja: Szczecin

Dzieci: syn 27 lata, syn 26 lat-ADHD, córka 23 lata- ZA, córka 22lata

Ja: Tylko zakręcona, mąż ZA

Post 10-02-2012 18:46

Dlatego bardzo ważne, jest dbanie też o Siebie.
Ten artykuł bardzo dokładnie to uświadamia.

danuta2002

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 897


Rejestracja:
12-09-2011 19:34

Dzieci: Asia ADHD,ZA a może całkiem coś innego ?

Post 13-02-2012 21:40

Tak, Ireno masz rację,należy dbać o siebie i to dla siebie...też. I dlatego wydrukowałam sobie ten artykuł, żeby mi o ty przypominał. Takie "przypominaczki" są bardzo potrzebne. :)

anka-niko

Awatar użytkownika

Wsparcie i Łowca Talentów

Posty: 8543


Rejestracja:
27-04-2008 16:50

Lokalizacja: warszawa, Żoliborz

Dzieci: młody dorosły z ADHD (wbrew pozorom)

Ja: takie sobie coś ;)

Post 13-02-2012 22:00

Artykuł jest - jak dla mnie - polskim dopełnieniem książki Christiny Hopkinson "Jak nie zabiłam męża, czyli babski punkt widzenia"
Może napisane z różnych pobudek, ale pokazanie "dlaczego błahostka rozwala człowieka i rodzinę" - mają w pewnym sensie wspólne. A luźny, humorystyczny sposób ujęcia - też je zbiliża :OK:
Obrazek
mama super syna - KĄT-owicza z ADHD, dysgrafią... i pasją

Jerzy Liebiert
Uczyniwszy na wieki wybór// w każdej chwili wybierać muszę... Jeździec

Uczę się ciebie człowieku.//Powoli się uczę, powoli.//Od tego uczenia trudnego//Raduje się serce i boli. *** (Uczę się ciebie, człowieku...)

danuta2002

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 897


Rejestracja:
12-09-2011 19:34

Dzieci: Asia ADHD,ZA a może całkiem coś innego ?

Post 14-02-2012 07:50

Nie czytałam, ale tytuł jest mocno zachęcający. Zapisałam i spróbuję, znaleźć w bibliotekach. Anko-niko, mam nadzieję, że to nie jest zbyt "ambitne". Ostatnio czytam tylko dla przyjemności. :)

anka-niko

Awatar użytkownika

Wsparcie i Łowca Talentów

Posty: 8543


Rejestracja:
27-04-2008 16:50

Lokalizacja: warszawa, Żoliborz

Dzieci: młody dorosły z ADHD (wbrew pozorom)

Ja: takie sobie coś ;)

Post 14-02-2012 12:27

danuta2002 pisze:Nie czytałam, ale tytuł jest mocno zachęcający. Zapisałam i spróbuję, znaleźć w bibliotekach. Anko-niko, mam nadzieję, że to nie jest zbyt "ambitne". Ostatnio czytam tylko dla przyjemności. :)

o nie :) to książka napisana z humorem, można spokojnie czytać dla odprężenia. Musiałam uważać, żeby nie parskać zbyt głośno śmiechem, bo czytywałam ją w tramwaju. A sporo opisanych zachowań - baardzo bliskie naszym ADHD-owcom czy Aspim :lol:
Obrazek
mama super syna - KĄT-owicza z ADHD, dysgrafią... i pasją

Jerzy Liebiert
Uczyniwszy na wieki wybór// w każdej chwili wybierać muszę... Jeździec

Uczę się ciebie człowieku.//Powoli się uczę, powoli.//Od tego uczenia trudnego//Raduje się serce i boli. *** (Uczę się ciebie, człowieku...)

danuta2002

Dama/Kawaler Brylantowego Orderu ADHD

Posty: 897


Rejestracja:
12-09-2011 19:34

Dzieci: Asia ADHD,ZA a może całkiem coś innego ?

Post 14-02-2012 21:16

:) To, tym bardziej muszę ją znaleźć. :) Ostatnio śmiałam się w poczekalni u lekarza czytając cykl "Dziecko dla...", L.Talko...ale to było strasznie dawno temu.

Wróć do O naszym portalu - ADHD.org.pl



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group.
Designed by Vjacheslav Trushkin for Free Forums/DivisionCore.